Nowa gra w świecie Stargate! [wideo]

Wytwórnia MGM oraz Arkalis Interactive ogłosili premierę najnowszej interaktywnej gry przeznaczonej na urządzenia mobilne. IGN donosi, że pierwszy epizod gry swoją premierę będzie mieć w marcu 2013 roku. Trailer przedstawia śliczne animacje z bardzo realnymi podobiznami całej drużyny SG-1. Nie jest to co prawda gameplay, co nie zmienia faktu, że filmy... Więcej...

chevron
Fanfic » gazeboo » Na całe życie 01
Tytuł: Na całe życie 1/? Autor: Ruth M. King Email: ruth@snowqueen.demon.co.uk Spoilery: brak Alternatywny sezon 6 lub 7 Ostrzeżenia: R Prawa autorskie: Stargate SG-1 i jego postanie są własnością Stargate (II) Productions, Showtime/Viacom, MGM/UA, Double Secret Productions, i Gekko Productions. Ta opowieść ma wyłącznie cele rozrywkowe, nie zarobkowe. Brak zamierzonego naruszania praw autorskich. Oryginale postacie, sytuacje i historie są własnością autora. Ta opowieść nie może być postowana gdzie indziej bez zgody autora. Notatka: '//' oznacza retrospekcje Tłumaczenie: gazeboo ( proszę o wyrozumiałość, to mój pierwszy raz:) ) Poprawki: SGTokar Źródło: Forum
Jack O'Neill chrząknął przewracając się i starając odzyskać kontrolę nad swoim oddechem. Postać obok niego poruszyła się chwilkę później, przewracając się na bok. Odepchnęła swoje blond włosy do tyłu i uśmiechnęła się do niego. "Wiesz, jak na takiego staruszka, to jesteś wytrzymały." Jack nie mógł się powstrzymać – odwzajemnił jej uśmiech. Nie pierwszy raz był zadowolony z tego, że Siły Powietrzne utrzymały go w formie. Mimo to miło mu było leżeć i łapać oddech, podczas gdy ona skierowała się w stronę prysznica. Przynajmniej będzie mógł zostać na noc. Nienawidziła, gdy musiał ją opuszczać, lecz wiedziała, że jest to integralna część wojskowego stylu życia. Jack naciągnął na siebie kołdrę, zdecydował, że prysznic weźmie rano. Wkrótce zaczął zapadać w sen, został jednak rozbudzony przez piskliwy dźwięk swojej komórki. "Nie możesz, choć raz tego zignorować?" zapytała wychodząc z łazienki. On wzruszył tylko ramionami i odpowiedział na telefon. "O'Neill i niech to lepiej będzie ważne" warknął. Oficer odpowiedział tylko trzema słowami. "Już jadę" powiedział Jack, równocześnie sięgając po swoje spodnie. "Co?" domagała się wyjaśnień," Co tym razem?" "Znaleźli ją." odpowiedział. "Kogo?" "Moją żonę" "Co?" Jack przebiegł dłonią przez swoje włosy, wiedział, że to nie najlepszy moment na tą konwersacje "Laura ja jestem żonaty, albo byłem...może nadal jestem" próbował wyjaśniać. Brzmiało to żałośnie, nawet dla jego własnych uszu. Spotykał się z Laurą od sześciu miesięcy, powinien był o tym wcześniej wspomnieć. "Jack?" "Zaginęła w akcji dwa lata temu." "I teraz wróciła?" "Najwyraźniej tak...Przykro mi." "Wcale nie." "Ja..." "Idź już, Jack" I tak zrobił Nie chciał myśleć, nie chciał czuć. Jego podróż do bazy była tego świadectwem. Miał szczęście, że było tak późno, w przeciwnym razie zabiłby się z pewnością. A może właśnie to próbował osiągnąć. Wszystko inne zamiast spotkania się znowu z nią. Sam Była kobietą, z którą jak szczerze wierzył spędzać będzie resztę swojego życia. Nawet teraz zastanawiał się, kiedy to poszło tak strasznie źle. I nadal pamiętał ostatnie słowa wypowiedziane do niej. //"Jeśli wyjdziesz za te drzwi, nie próbuj wracać" "Świetnie." "Świetnie" Dwa pierścionki uderzyły w dywan. Frontowe drzwi trzasnęły.// Dwa dni później odebrał telefon od generała Hammonda. Misja poszła źle. Zaginęła w akcji. //Przykro mi, synu// Przez całe dziesięć sekund był szczęśliwy. Szczęśliwy, że kłótnie się skończyły. Szczęśliwy, że nie będzie musiał jej znowu widzieć. Szczęśliwy... Było mu ciężko sobie wybaczyć, lecz zrobił to. Jack jakoś sobie poradził, ruszył dalej ze swoim życiem. Sądził, że po przetrwaniu śmierci Charliego, mógłby przeżyć cokolwiek. ...a teraz ona wróciła. Hammond nie powiedział nic więcej, gdzie ją znaleźli, w jakim jest stanie... Jak poważnie została zraniona? Minęło już dwa lata i Jack wiedział cholernie dobrze, że nawet, jeśli była tylko uwięziona na obcej planecie, coś zmieniło by się. Jego myśli podsuwały mu przyjemny obraz zgodnie, z którym spędziła ona ostatnie dwa lata szczęśliwie żyjąc na jakiejś milutkiej planetce. Może nawet poznała jakiegoś faceta? Dodające otuchy myśli trzymały go zajętego, dopóki nie dotarł na 28 poziom. "Jack, dobrze, że jesteś" powiedział Hammond, gdy wkroczył do pokoju kontrolnego. "Właśnie ją przyprowadzają.” Gwiezdne wrota zostały aktywowane i Jack widział personel medyczny zbierający się przy rampie. Wiedział, że to nie był dobry znak. Mężczyźni i kobiety na służbie wydawali się zbiorowo wstrzymywać oddech, w oczekiwaniu patrząc na wrota. "Co tak długo trwa?" zapytał Jack. Na te słowa horyzont zdarzeń wydał wyróżniający się szmer i ukazał się mężczyzna. Jack mógł widzieć krwawienie z głębokiego zadrapania na jego twarzy. "Gdzie jest major Carter?" zapytał Hammond. "Mamy małe problemy, sir" odpowiedział mężczyzna. "Czy ktoś was atakuje?" "Niezupełnie." Cztery postacie wyłoniły się z wrót. Trzy z nich trzymały czwartą, która starał się ze wszystkich sił wyrwać. Jack ujrzał przelotnie brudne blond włosy i nie miał wątpliwości, że to była jego żona. Niewiele jest tak silnych kobiet. Chociaż radziłaby sobie lepiej gdyby puściła bardzo zabrudzone zawiniątko szmat, które przyciskała kurczowo do swojej klatki piersiowej. "Potrzebujemy środka uspokajającego" wrzasnęła jedna z osób. Jack zaczął iść do pomieszczenia wrót, przechodząc przez drzwi w momencie, gdy igła wbiła się w jej ramie. Upadła prawie momentalnie. Mężczyźni, którzy ją trzymali, puścili ją pozwalając jej na zderzenie z metalową rampą. Była nadal przytomna, chociaż ledwie. "Jack?" usłyszał jej słowa. Udając się do jej boku, zgiął się przy leżącej postaci. Na jej twarzy i na ubraniu była zaschnięta krew. Rana na jej czole miała kilka dni i nie była skutkiem przenoszenia przez wrota. Ciągle nosiła swoje nieśmiertelniki. "Jack??" wezwała znowu. "Jestem tu," opowiedział jej. "Gdzie jest Jack" zażądała, patrząc wprost na niego. Następnie zemdlała. Jack cofnął się o dwa kroki, pozwalając medykom na swobodne dojście. W mgnieniu oka załadowali ją na nosze i wynieśli. Stał tam, niezdolny do poruszania się. Powoli pochylił się i podniósł zawiniątko szmat, który tak dziko broniła. Ostrożnie rozkładając je, studiował zawartość. Nic tam nie było.
Login:
Hasło: