Nowa gra w świecie Stargate! [wideo]

Wytwórnia MGM oraz Arkalis Interactive ogłosili premierę najnowszej interaktywnej gry przeznaczonej na urządzenia mobilne. IGN donosi, że pierwszy epizod gry swoją premierę będzie mieć w marcu 2013 roku. Trailer przedstawia śliczne animacje z bardzo realnymi podobiznami całej drużyny SG-1. Nie jest to co prawda gameplay, co nie zmienia faktu, że filmy... Więcej...

chevron
Fanfic » ArTi » Mission: Possible (cz. 2)
Jack uśmiechnął się na widok Kinseya stojącego przed nim, który nadal trzymał w rękach spodnie, zwisające łagodnie na jego udach, ujawniając na moment jego bokserki. Kątem oka Jack mógł zobaczyć, że Jonas cicho porusza się dookoła niego. Senator nadal był nieświadomy, że miał widownie. Kinsey w końcu odezwał się , - Co tu się do cholery dzieje??? Dzięki oślepiającemu światłu Kinsey zauważył na krawędzi dużego okna Jonasa , z aparatem fotograficznym w rękach. Nie wątpliwie zapłaciłby fortuna, by dostać w swoje ręce ten negatyw. Jack miał bardzo szeroki uśmiech taki „od ucha do ucho”. To było wspaniałe. Nowy gość wiedział jak nie zmarnować żadnej doskonałej okazji, był z niego dumny. - TY. - Senator krzyknął gniewnie na Jonasa. Jack musiał odwrócić uwagę Senatora od Jonasa. - Hej, Kinsey. Słysząc to Senator zamarł, rozpoznałby ten głos wszędzie. Odwrócił się i ku swemu przerażeniu, zaważył Jack’a i Teal'ca stojących blisko jakiegoś dużego okrągłego słupa, który jak się domyślał był panelem sterowania. Major Carter była nieznacznie za nimi. Każde z nich miało własną wersję zadowolenia na twarzy. - Jeśli byłbym tobą, poprawiłabym swoje spodnie albo Carter nie powstrzyma uśmiechu. Więc,.. - , to spowodowało piorunujące spojrzenie Sam i natychmiastową reakcję Kinseya, który zapiął spodnie i pasek, ratując resztki godności, która mu jeszcze pozostawiały. - Sir, mówiłam panu, że mam lepszy gust, - Sam sprzeciwiła się jego ocenie , cały czas patrząc wściekle na jego plecy, ponieważ Jack nie pozwoliłby sobie na stratę widoku upadku godności Kinseya. Podeszła do niego i stanęła pomiędzy nim a Teal'ciem. Jack w końcu oderwał oczy od Kinsey i popatrzał na nią. - Oczywiście że tak, majorze, ja tylko tak sobie mówię.- Uśmiechnął się do niej. Niechętnie przyjęła jego „nie - bardzo – subtelne” przeprosiny. Wiedziała, że on powiedział to tylko, by jeszcze bardziej zakłopotać Kinseya i to działało. Twarz Kinseya była tak czerwona jak dobrze ugotowany homar. Jack przesunął coś na panelu sterowania i duże oknie za Kinseyem zamknęło się. Jonas bawił się aparatem fotograficznym. Senator poderwał się ponownie. Zupełnie zapomniał o Jonasie i jego aparacie fotograficznym odkąd spostrzegał w tym pomieszczeniu O'Neilla. - Przestań !- Kinsey rozkazał Jonasowi. Ale jak ma się zachowywać Jonas został poinstruowany przez resztę SG1. Robił to celowo tylko po to by drażnić Kinsey'a. - Ty młody ..., Wykopię twoją dupę z ... Kinsey zrobił krok w kierunku Jonasa. - Ostrzegam ciebie. Oczy Kinsey płonęły gniewem, wykonał jeszcze kilku kroków w kierunku Jonasa. - Jonas, przestań.- Jack jeszcze raz przyszedł mu z pomocą, Kinsey zatrzymał się. Odwrócił się i stanął twarzą do reszty SG1. Jack uśmiechnął się do nowego członka drużyny, który wykorzystał że uwaga Kinsey została odwrócona przez Jack’a i odszedł na bok. - Już się zabawiłeś, teraz nasza kolej.- kąśliwie powiedział Jack nawet nie próbując ukrywać nastroju w jakim był. - Poza tym , nadal potrzebujemy aparat fotograficzny do innych rzeczy. Kinsey zmieszał się. Wiedział że będzie zgubiony, jeśli zda się, na łaskę O'Neilla. - Pułkowniku, w co pan pogrywa?- przybrał groźny wyraz twarz i gniewny głos. Nie na próżno był Senatorem. Blefowanie było jedno z jego specjalności. Ale Jack wiedział, że Kinsey nie mógł zrobić niczego i wiedział, że Kinsey również to wie. To dodało mu pewności. Jack zmarszczył brew. - Tylko daję ci to na co zasłużyłeś,- zwrócił się do starszego mężczyzny, – zmusiłeś mnie do afiszowania się aby podnieść swoje notowania w kampanii prezydenckiej wbrew mojej woli,- odnosił się do konferencji prasowej, którą Prezydent urządził po strzelaninie. Ku obrzydzeniu Jack’a, Kinsey rozdmuchał sprawę. Na wspomnienie tego Kinsey uśmiechnął się z nieskrywaną satysfakcją. - Tylko pochwyciłem okazję by poprawić swoje notowania. - Taa.- Jack powiedział nie tak entuzjastycznie i okrążył Senatora, obdarzając go drapieżnym spojrzeniem. Kinsey poczuł się nieswojo kiedy jego oczy podążyły za ruchem Jack. Wytrzymał to tylko dzięki resztkom odwagi, którą mógł jeszcze zebrać. Wiedział jakim rodzajem człowieka był O'Neill. Czytał jego akta. I przyznanie, że był właściwie na łasce Jack’a powodowało w nim lekki niepokój. Ale on nigdy nie błagałby go o nic. Ani teraz ani kiedykolwiek. Trzymał głowę wysoko. - Co planujesz ze mną zrobić? Jack stanął dokładnie przed nim. - Mam zamiar się dobrze bawić.- Wewnętrzne dziecko w nim powróciło, Jack odwrócił się, i stanął twarzą do członków drużyny. - Teal'c, jest twój.- podszedł do nich. – Od teraz. Warga Teal'c wykrzywiły się w oczekiwaniu. - Dziękuję, O'Neill,- powiedział gdy zmniejszał odległość od Senatora. - Pułkowniku, nie uniknie pan za to kary,- powiedział Kinsey poprzez zaciśnięte zęby. Pułkownikiem USAF mógłby się zająć, ale byłym Pierwszym Przybocznym Apophisa? Wiedział co Jafa był zdolny robić. W końcu ręce O'Neilla nadal były związane regulaminem i obowiązkiem służby, Kinsey mógłby to wykorzystać. Ale z Teal'ciem to była całkiem inna sprawa. Nieświadomie, Kinsey cofał się w tył w miarę przybliżania się Teal'ca. Wielki facet nagle zaczął wyglądać na dużo większego. Nie mógł ukrywać już strachu, jego twarz była mieszaniną niepokoju i słabości. Jonas którego dotychczas nie znał stanął obok Teal'ca. Senator nie chciałby niczego więcej niż wyrwać ten aparat fotograficzny z ręki Jonasa, ale sytuacja naprawdę nie wyglądała na sprzyjającą dla jego zamiarów. Teal'c nadal rósł w jego oczach. Jafa ciągle nie odezwał się ani słowem, ale było coś w jego oczach, co spowodowało że kolana pod Kinseyem ugięły się. Ooparł się plecami o okno, nie mógłby już cofnąć się dalej. Tymczasem, Teal'c nadal podchodził powoli do niego. „Boże zmiłuj się na nim". Sam przyglądała się zabawie Teal'ca i Jonasa. Szturchnęła dowódcę w ramiona. - Wygląda że Jonas przystosował się do nas całkiem szybko, nie wydaje się panu? - Tak.- Jack nie chciał pozwolić na zbyt entuzjastyczne opinia o nim. - Powiedziałam mu o pańskim wcześniejszym, małym " zatargu" z Thorem , spodziewam się, że nie ma pan nic przeciwko temu.- nie chciała, by myślał, że robi coś za jego plecami. - Po co? - Ponieważ nie myślę, by było słusznie pominąć go. Teraz jest jednym z nas,- oświadczyła. Jack rozważał jej motyw, nadal patrzyli na pozostałych trzech mężczyzn na pomoście. - Sir?- czekała na jego akceptację. Westchnął. - Tak. Znaczy się jest częścią zespołu.- Wiedział że się uśmiechała , mimo że patrzył w innym kierunku. Teal'c był już tylko parę kroków od Kinseya. Jonas w końcu zdecydował, że nie zrobi już żadnego dobrego zdjęcia gdyż Teal'c stoi za blisko Kinseya. Fotografował tylko Kinseya, na wypadek, gdyby któreś z wykonanych zdjęcia wpadło kiedyś w niepowołane ręce. To mogłoby zniszczyć karierę, szczególnie pułkownikowi i pani major. Kinsey pocił się, przywarł już do okna całym ciało. Teal'c wykonał jeszcze jeden krok naprzód. Nigdy jeszcze w swoim życiu Kinsey nie chciał być niewidzialny jak teraz. Jego dłonie były mokre od potu. Teal'c zrobił ostatni krok. Źrenice Kinseya rozszerzyły się. Zadrżał mimo woli. Teal'c pochylił się do przodu, tak aby jego twarz były tuż przed twarzą Kinseya. Jego brązowe oczy emanowały groźbą i rzucały w niego sztyletami. Kinsey wyraźnie się skurczył. Wstrzymał oddech. Teal'c bardzo powoli uniósł głowę, ale cały czas patrzył w dół na Kinseya. Kinsey wrzasnął. - Aaaaa... Sam chwyciła palcami przegrodę nosa, zamknęła oczy, i jednocześnie potrząsała głową. - Kazał mu pan to zrobić, nieprawdaż?- to było bardziej stwierdzenie niż pytanie. Jack poklepał ją po ramieniu. - Bystra dziewczynka. Nogi załamały się pod Kinseyem, jego ciało upadło bezwładnie na podłogę. Wstrząsnęli nim. Teal'c który nadal stał przed nimi, popatrzył z góry na Kinseya. Kto mógłby przypuszczać, że jedno pojedyncze słowo bez znaczenia mogłoby przekształcić Senatora w galaretę. Teal'c stanął obok Senatora. - O'Neill, wykonałem zadanie,- poinformował Teal'c swojego dowódcę. -Doskonały- odpowiedział Jack udając najlepiej jak potrafił Montgomery Burnsa i splótł ręce na piersi. - Carter, gdzie są środki uspokajające? Sam wyciągnęła strzykawkę z kieszeni. -Tutaj, Sir. Popatrzał na strzykawkę. -Czy mogłabyś czynić honory, Carter? Uśmiechnęła się. -Z miłą chęcią. Dzięki Sir.- miło było wiedzieć, że był skłonny, by podzielić się zabawą z nią. Natychmiast podeszła do Senatora i bez zwłoki wstrzyknęła zawartość strzykawki do krwi Senatora. Kinsey nie mógłby zbyt długo się opierać w swoim aktualnym położeniu. -Zrobione.- odłożyła pustą strzykawkę do kieszeni. Pozbędzie się jej później. Jack, Teal'c i Jonas również zbliżyli się do bezwładnego Senatora. -Dobrze.- Jack sprawdził czas. -Janet mówiła że po jakim czasie to działa?" - Po pięciu minutach.- poinformował Jonas. -OK. Jonas, bądź gotowy. Jak długo to będzie działało?" Jonas wręczył aparat fotograficzny Teal'cowi i przeszedł przez pokój, by wziąć pudło z narzędziami. -Trzy albo cztery godziny. Jack kiwnął głową. -Carter? -Cztery godziny to dużo czasu, Sir. Jesteśmy bezpieczni. -Do pracy, ludzi. -Thor- zawołał Jack wchodząc do prywatnej komnaty Thora. On zauważył że ogromne pomieszczenie, było zupełnie bezosobowe. Thor naprawdę mógłby umieścić tam jakiś osobisty akcent. -O'Neill, co mogę zrobić dla ciebie? Jack czuł się trochę winny że " groził" swojemu małemu przyjacielowi, Thor był niewielki ale pomocny. -Posłuchaj, chcę jeszcze, raz podziękować ci że pożyczyłeś mi swój statek. Thor zamrugał. -Jak sobie przypominam, nie miałem wielkiego wyboru. Jack skrzywił się. -Taa, to był czysty egoizm. Słuchaj, następny razem gdy będziesz potrzebował mojej pomocy, poprostu ściągnij mnie, nie będę o nic pytał. -Nie mam nic przeciwko twoim pytaniom. -Dobrze, taa. Kiedykolwiek będziesz mnie potrzebował, będę do twojej dyspozycji. -Dziękuję . -Więc, przeprosił pan Thora, Sir?- spytała Sam jak tylko wrócił na pomost. Jack milczał przez chwilę. Jej oczy były zmrużone. -Sir? On nadal milczał. Obróciła oczami, rękę trzymała na biodrze. -Nie mogę uwierzyć, że nie zrobił pan tego. - Zrobiłem.- obronił się. -Na swój sposób. - dodał przyciszonym głosem. Sam wpatrywała się w niego. Spojrzał na nią. -Co? Jeśli Thor spełnił by moją pierwszą prośbę o wysłanie Kinseya na bardzo odległą planetę, nie doszłoby do tych wszystkich kłopotów. Nadal gapiła się na niego. Jack postanowił przerwać jej rozmyślania. -Więc, jak idzie praca Jonasowi? Sam już dawno temu zaakceptowała, jego niepoprawność, więc poddała się. -Prawie Już skończył, Teal'c jest z nim.- wskazała w ich kierunku. -Dobrze. Gawędzili tak sobie jeszcze kilka minut. Jonas w końcu skończył. Sam wyjęła kolejną strzykawkę z kieszeni i dała ją swojemu dowódcy. Jack klęknął i wstrzyknął zawartość nieprzytomnemu Kinseyowi. To było antidotum na środek uspokajający. Zarówno środek uspokajający jaj i antidotum były produktami pozaziemskimi. -Odsuńcie się, dzieci. Teal'c, bądź gotowy, by wysłać do na dół. Teal'c szybko podszedł do panelu sterowania podczas gdy Sam i Jonas stanęli kilku kroków za Jack’iem. Zadowolony z miejsc które zajęli jego podwładni, Jack wymierzył Kinseyowi kilka policzków. -Halo Kinsey, wstawaj, wstawaj. Kinsey otworzyć oczy mrugając. Zobaczył Jack’a, łypnął na niego i podniósł się. Był wściekły. -Pułkowniku, będziesz ... Ale Jack przerwał mu, -A, a, a. Zapamiętaj Kinsey, gdzie jesteś,. Zamierzam powiedzieć ci jedno.- pochylił się i szepnął głosem o groźnym brzmieniu, - Mógłbym odebrać ci twoje małe marne życie, jeśli bym tylko chciał. Zapamiętaj to sobie. Kinsey odzyskał zimną krew, nie chciał dać się zastraszyć. –Czy to jest groźba, Pułkowniku? Jack uśmiechnął się chłodno. -Nie. To jest fakt. Jack wstał i obrócił głowę do Teal'ca. -Jesteś gotowy? -Tak. -Na mój znak.- Jack wyciągnął okulary przeciwsłoneczne i założył je. Otoczył go " przytłaczająco zimny " blask. Kinsey też się w nim znajdował. -Co teraz zamierzasz zrobić? Jack wyjął pistolet i wycelował go w tułów Kinseya. -Zastrzelę ciebie. Strach Senatora zaczął się uzewnętrzniać, uświadomił sobie, że Jack może to zrobić. Jego twarz stała się biała jak świeżo tynkowana ściana. Jack odbezpieczył broń, i nadal celował w Kinseya. -Nie jesteś teraz taki hardy, nie prawdaż? Kinsey próbował spojrzeć w oczy Jack’owi, ale ciemne okulary przeciwsłoneczne uczyniły to niemożliwym. Jego czas nadchodził. Ale strach czasami powoduje, że ludzie robią głupie rzeczy. -Dalej Pułkowniku, na co pan czeka? Jeśli chce mnie pan zastrzelić, proszę to zrobić.- Kinsey miał nadzieję, że dobrze go ocenił, O'Neill mimo wszystko nie mógł przecież go zastrzelić. Wyraz twarz Jack’a był nieodgadniony. -Taki mam zamiar. Kinsey nerwowo przełknął ślinę, rozpoznałby taki wyraz twarzy wszędzie....., to była twarz zabójcy. Chcąc zachować resztki godności, które mu jeszcze pozostały, uniósł głowę do góry. -To zrób to. Jack obdarzył go zimnym uśmiechem. -Pa pa, Kinsey. Całe życie przeleciało Senatorowi przed oczami. Jack opuścił pistolet i wycelował go w intymne części ciała Kinseya. On to również zobaczył. Mężczyzna z bronią szarpnąć spust. Kinsey w tym momencie wrzasnął -Nieeee N.. Nieeee. Kinsey zamknął oczy. Czekał na bólu i nadejście aniołów, ale to się nie zdarzyła. Zamiast tego poczuł wilgoć z przodu. -Jonas! - usłyszał głos O'Neilla. Senator był bardzo zdumiony, otworzył oczy by zobaczyć że jego spodnie były przemoczone na przodzie. To był pistolet na wodę. -Teal'c.- jeszcze raz usłyszał głos O'Neilla. I wtedy sceneria zmieniła się. Kinsey był z powrotem w toalecie Pentagonu.
PO MISJI Generał Hammond rozmawiał z majorem Davisem kiedy Senator Kinsey wpadł do pokoju konferencyjnego i zaczął się awanturować , jego twarz miała barwę samochodu strażackiego. -Generale Hammond- krzyknął do generała z nienawiścią w głosie. Hammond nie mógł mu pomóc ale zauważył, że spodnie Kinsey były nieznacznie wilgotne na przodzie, ale wiedział, że lepiej nie wspominać o tym. -Jak mogę panu pomóc, Senatorze? Kinsey prawie krzyknął, jego palec celował w Hammonda. -Pozwól że coś ci powiem, lepiej zacznij kontrolować O'Neilla albo przejmę kontrolę nad SGC... -Czy to groźba, Senatorze?- dwugwiazdkowy generał nie był człowiekiem, który lekceważył by ostrzeżenie. Major Davies grał rozjemcę, stanął pomiędzy oboma mężczyznami. -Senatorze Kinsey, proszę, pamiętajmy gdzie teraz jesteśmy. Trzej ambasadorzy i pułkownik Chekov przerwali swoje zajęcia, i skupili uwagę na "drobnym sporze". Kinsey cofnął się i próbował opanować gniew, nie wyglądało to zbyt dobry, że stracił kontrolę przed reprezentantami sojuszników. -Pański pułkownik O'Neill i jego zespół dopiero co porwali mnie i dopuścili się napaści. Hammond i Davies wymieniły spojrzenia a następnie generał zwrócił się do Kinseya. -Z całym szacunkiem, Senatorze, to jest poważne oskarżenie. Właśnie dzwoniłem do pułkownika O'Neilla. On jest w tej chwili w Kolorado Springs, to co pan właśnie powiedział jest niemożliwe. -Thor im pomaga. Generale, zostałem przetransportowany na jego statek i napadnięty przez pańskiego podwładnego,- Kinsey obniżył głos, nie chciał by inni słyszeli. Oskarżył właśnie Dowó ... - miał na myśli " Naczelnego " Dowódcę Floty Asgardu - nie było to mądrym posunięciem, nie nawet gdy było to prawdą. Hammond podejrzewał, że Pułkownik zrobił to co powiedział Senator, ale byłby głupcem, gdyby się nie bronić. -Czy ma pan jakieś dowody na poparcie swoich twierdzeń? Kinsey zatrzymał się, czy on miał jakieś dowody? Został tak zaślepiony przez wściekłość, że zupełnie o tym zapomniał. -Jeśli nie, to sugeruję panu zaprzestanie rozpowszechniania kłamstw o moim człowieku.- Hammond uśmiechnął się triumfalnie. Pułkownik nie zawiódł go. Ale naprawdę będzie musiał porozmawiać ze swoim zastępcą po powrocie do Kolorado. -Zniknąłem na dłuższy czas, na pewno to coś znaczyć.- Senator nadal nie poddał się. Davies zmarszczył brwi. - Pan wyszedł z tego pokoju pięć minut temu, Senatorze. Kinsey popatrzał na niego z niedowierzaniem. -Nie traktuj mnie protekcjonalnie Majorze, wiem, że musiało minąć co najmniej pół godziny od mojego wyjścia. - Nie chciał bym się mieszać, ale major Davies ma rację,- Pułkownik Chekov potwierdził oszacowanie Daviesa, Senator stawał przed nim. - Dopiero co opuścił pan pokój gdy nagle wpadł pan z powrotem. Kinsey popatrzał na trzech ambasadorów i oni wydawali zgadzać się z Chekovem i Daviesem. Ale nadal nie uwierzył im, na pewno to wszystko trwało więcej niż pięć minut. -Senatorze Kinsey, nie wiem w co pan gra. Ale niech się pan nie waży ponownie wysuwać nie popartych niczym oskarżeń wobec mojego człowieka.- Hammond popatrzył na niego z surowym wyrazem twarzy. Po czym Generał usprawiedliwił się. -Teraz, jeśli pan wybaczy, muszę zatelefonować do Prezydenta. Poczym wyszedł z pokoju. Kinsey był zagubiony jako pingwin na pustyni. Gdzieś w bazie SGC. -SG1 wyszło z biuro Generała z szerokim uśmiechem na twarzach. -Więc, oni w końcu to zrobili. -Ja też tak sądzę. -Naprawdę? -Stanowczo. -W takim krótkim razie? Oni mogli być w biurze najwyżej 5 minut. -Wyłączyli kamery bezpieczeństwa. -I pamiętaj, Thor tu jest. -Och tak, zupełnie o tym zapomniałem. -Zaczekaj chwilkę, Thor tutaj? -Tak, sierżant Green z Działu Komunikacji otrzymała informację od swojego kontaktu w Pentagonie, Thor niespodziewanie pojawił się na spotkaniu. -O kurcze. -Najwyraźniej, Generał Hammond nie był zbyt zaskoczony kiedy się ukazał. -Więc ... Generał i O'Neill pewnie to zaplanowali. -Oj tak. -Niewątpliwie -Wiesz, major Briggs coś podsłuchał o tym że mają wywoływać zdjęcia. -Oni mieli jakieś zdjęcia? -Serio? -Czy myślisz, że oni podzielą się tym z nami? -Być może . -Zawsze moglibyśmy spytać. Generał Hammond westchnął na widok swojego zastępcy. Czasami zastanowił się, czy jego zdrowie psychiczne potrafi przetrwać kolejny dzień z człowiekiem jak ten staroświecki pułkownik pod jego dowództwem. -Pułkowniku, czy nie mówiłem, że nie powinien pan ponownie wyskakiwać z jakimikolwiek wyczynami jak ten bez informowania mnie?- chciał się rozzłościć, powinien udzielić mu reprymendy, ale dobry humor pułkownika był zaraźliwy. -Jaki wyczyn?- Facet przed nim stał z niewinnym wyrazem twarzy. Hammond westchnął jeszcze raz, dlaczego Pułkownika nie mógłby uczynić życia łatwiejszego dla niego? -Pułkowniku, Senator Kinsey przedstawił mi zarzuty przeciw panu i pańskiemu zespołowi. Poważny, jak mogę dodać. Brew O'Neill uniosła się. -Czy on może udowodnić zarzuty, Sir? Hammond nie mógł powstrzymywać uśmiechu. -Dumny jesteś z tego co zrobiłeś, Jack?- Dopiero co, pozbyli się mundurów. Byli w domu Hammonda na grillu. Nieformalnie świętowali " zwycięstwa" nad Kinseyem i NID, był tam prawie cały personel SGC. Jack podniósł butelkę piwa do jego ust i łyknął. -Musisz przyznać, że to było właściwe, George.- wyraźnie był z siebie zadowolony. Hammond łyknął kawy ze swojej filiżanki. -Tak. - Plan Jack’a pozostawił Kinseya bez dowodów. -Chociaż naprawdę doceniłbym to, jeśli najpierw zastałbym ostrzeżony. Generał spojrzał przez oknem swojej biblioteki, dwaj oficerowie prowadzili prywatną rozmowę. -Powiedz mi synu, co właściwie mu zrobiłeś?- on był tylko człowiekiem, ciekawość była jedną z jego cech. -Nie martw się, wkrótce się dowiesz.- Jack kolejny raz zakołysał piwem. Hammond patrzył na młodszego mężczyznę kartkując książkę, którą wziął z półki. -Jestem pewny że było warto. -Nawet sobie nie wyobrażasz. -Sir, co Generał powiedział?- zapytała Sam jak tylko jej dowódca dołączył do niej w ogrodzie. -Powiedział, że nie może się doczekać na dzisiejszy pokazu.- Ona nie była pewna. - Nadal zamierzamy to zrobić? Znaczę się, jedną rzeczą była zrobić zdjęcia, ale rzeczywiście pokazać je ...- Machnął ręką. -Carter, nie wiesz jak zdesperowani są ci ludzie?- wskazał na tłum biorący udział w przyjęciu. Westchnęła głęboko, wiedziała jak bardzo ci ludzie pragnęli tego, a ona naprawdę to zrobiła. Ona i Jonas byli najczęściej nagabywani przez wszystkich żołnierzy i naukowców SGC. Jack pochylić się i szepnął jej do ucha.-Pozwól tylko powiedzieć, że teraz mamy nieograniczoną liczbę ludzi którzy zrobią dla nas „wszystko”. Naprawdę powinna widzieć że to nadejdzie. To było tak podobne do Pułkownika, łapać każdą okazję, która mogła się nadążyć. –Cokolwiek pan każe, Sir.- zasalutowała mu kpiąco z uśmiechem, który zarezerwowała specjalnie dla niego kiedy był niemożliwy. On również się uśmiechnął. -Gdzie są Jonas i Teal'c? - Mieli przygotować rzutnik, Jonas potrzebował Teal'ca do pilnowania drzwi biblioteki. Jacyś ludzie zaczęli się tam kręcić.- Sam wzięła dwie butelki piwa ze skrzynki. Znajdowali się blisko trunków i jako starszych oficerów, nikt nie ośmielił się przegnać ich stamtąd. Dała mu jedno. -Dzięki. Przeszli do spokojniejszego miejsca, pili piwo i przyglądali się innym. -Jestem zadowolony, że nie ma tutaj wnuków Hammonda.- powiedział ni z ten ni z owego. -To mogłoby być szkodliwe dla ich umysłowego rozwinięcia, jeśli kiedyś zobaczyły by te fotografie.- Jej piwo trafiło w nieprawidłowy otwór i zakaszlała gwałtownie. -Wszystko w porządku?- poklepał ją po plecach, czując się trochę winnym że był przyczyny jej cierpienia. Podniósł chusteczkę z drewnianego stołu obok nich i wytarł jej nią mokre usta i nos. Gdy doszła do siebie, z jej oczu wystrzeliły w niego sztylety. -Czy musiałeś powiedzieć to w chwili gdy piłam? Przynajmniej miał tyle przyzwoitości by wyglądać na zakłopotanego. -Przepraszam, tylko zastanawiałem się na głos. Nie wiedziałem, że uznasz to za zabawne. I w taki to prosty sposób, jego przeprosiny zostały przyjęte. -Mniejsza o to, już wiem, że jesteś tak czy inaczej niebezpieczny dla mojego zdrowia.- chociaż już mu wybaczyła, nie chciała pozwoliła żeby przeszło mu to tak łatwo. -Hej, obraziłaś mnie tym komentarzem,- upomniał Jack, nieco rozbawiony z faktem, że jego podwładna brzmiała ostatnio coraz bardziej jak on. Uśmiechnęła się. -To nie jest mój problem, jeśli nie możesz ścierpieć prawdy. Mruknął ze złością. Gdzieś w ogrodzie. -Czy widziałeś to? -On ją dotykał. -Zdecydowanie. -I oni mówią, że są tylko przyjaciółmi? -Popatrz na nich, jak on na nią patrzy. -A ona. -Szzz, mów ciszej, mogą nas usłyszeć. -No i co z tego jeśli nas słyszą? -OK, Szzz, Hammond mógłby nas usłyszeć. -Hammond jest w domu, nie może nas usłyszeć. -Szzz albo "będę musiał" trzasnąć cię w głowę. -Przestańcie, oboje. -Ahhh..., patrzcie na nich, nasza idealna para. -Uh hę, a fakt, że przepisy są przeciw ich związkowi czyni, że to jest bardziej interesujące. -Tak, co mogę powiedzieć, jestem żółtodziób odnośnie zakazanej miłości. -Mam nadzieję że to się szczęśliwe zakończy. -Jestem z tobą. -Ja też. -I ja. Biblioteka Generała pełna była ludzi. Większość z nich usiadła na podłodze, niektórzy starsi oficerowie i kierownicy działów dostali krzesła. Ranga naprawdę zapewniała im przywileje. Przygotowywali się do niecierpliwie oczekiwanego pokazu slajdów. Jonas przyniósł projektor z SGC, wybrał najlepsze fotografie ze swego zbioru i umieścił je w prezentacji. -Wszyscy gotowi?- spytał Jonas. -TAK-, odpowiedział niecierpliwy chór. -W porządku, zróbmy to. Światło zostało wyłączone i ciemność objęła pokój. Projektor brzęczał, po kilku sekundach ukazało się... Pierwsza fotografia. -O kur....de -Jak oni zdołali dorwać Kinseya z opuszczonymi spodniami? -Jestem zaskoczony. -Nie ma nic niemożliwego kiedy podjęło się tego SG1, jak przypuszczam. -Kinsey ma chociaż fajne bokserki. Druga fotografia. -Wygląda że sika. -Bez żartów . -On był gotowy zabić. Trzecia fotografia. -Zdecydowanie sikał. -Był wściekły. -Bardziej niż wściekły. -Czy ktoś został zraniony w czasie wykonywania tych zdjęć? Czwarta fotografia. -Uch, teraz wygląda na przerażonego. -Teal'c? -Taa. Też stawiam na Teal'ca. -Też tak myślę. Piąta fotografia. -Przestraszony? Jak dla mnie to bardziej przerażony. -Skamieniał? -Jeśli ty był byś na jego miejscu, to nie byłbyś? -Rozumiem o co ci chodzi. Szósta fotografia. -Co oni mu zrobili? -Nie mogę uwierzyć, że właściwie współczuję Kinseyowi. -Nie martw człowieku, każdy może mieć słabość. -Nie wiem, czy potrafię znieść więcej. Siódma fotografia. -Jezu. -Kinsey zmoczył spodnie. -To jest zdjęcie jedno na milion. -Nie mogę uwierzyć, że on to zrobił. -Możemy szantażować go tym jednym zdjęciem. -Też tak myślę. Ósma fotografia. -Fuj ... nagi Kinsey. -Nie nagie plecy Kinseya. -Czy to robi jakąś różnicę? Wszystko co widzę to pomarszczoną skórą. -Co oni mu zrobili? -Jestem tylko zadowolony, że nikt tutaj nie jest niepełnoletni. Dziewiąta fotografia. -Czy to ... -O tak. -Śliczny. -Ten tatuaż jest w porządku. -Ale co tatuaż robi na tyłku Kinseya? -Dwadzieścia zielonych, że to zrobiło SG1. -Nawet osioł nie jest wystarczająco głupi, by podjąć ten zakład. Dziesiąta fotografia. -Hej, to jest zbliżenie tatuażu. -Kurcze, piękny tatuaż z czerwonym sercem. -Kto to zrobił? -Przypuszczam że Jonas. -Wykonał wspaniałą robotę. -Na tatuażu jest imię. -Jakie? -Nie jest zbyt czytelne. Jedenasta fotografia. -Och, to tam jest. -Och Faceci. -Taa. -Co to jest? -Nie jestem wścibska, ale ... -Ale co? -Betty, nie "jest" imieniem żony Senatora Hammond milczał. Pokaz slajdów okazał się być bardzo ... przyjemny. -Jak u diabła zdołałeś to wszystko zrobić w mniej niż pięć minut?- szepnął do Jack, który usiadł obok niego, pytanie to dręczyło go dłuższą chwilę. -Nie zrobiłem. To wszystko zajęło nam prawie cztery godziny,- odpowiedział Jack wzruszając ramionami. -Ale ...- przypatrywał się swoim mężczyznom i kobietom, oni nadal byli zaskoczeni "obrazkami". Szczególnie odkąd ktoś zrzucił światło na doniosłość imienia " Betty", nadal tonęli w domysłach. Jego zastępca naprawdę powinien zacząć zachowywać się właściwie do wieku, nie żeby miał coś przeciwko niemu takim jaki był. - Pożyczyliśmy maszynę czasu od Asgardu.- wyjaśnił Jack. -Taką jakiej oni użyli by złapać Replikatory w pułapkę? -Tak, to utworzyło coś w rodzaj bańki czasu dookoła statku Thora, czterech godzin w statku były krótsze niż 2 sekundy na Ziemi, albo przynajmniej tak powiedziała Carter. Zachichotał cicho. -Naprawdę nie przejmujesz się tym dopóki to działa, nieprawdaż? Uśmiechanie się było tego dnia ulubioną czynnością Jack’a. -Rozumiesz, prawda. -A co z tatuażem? Dlaczego Kinsey nie czuł się obolały?- był pewnym, że Kinsey wspomniałby o tym, gdy by wiedział. -O to musisz spytać Fraiser, ale to było coś, co SG4 przyniósł z ich ostatniej wyprawy. -Nowy środek znieczulający?- SG4 zdołał zdobyć środek znieczulenia miejscowego dla SGC. Udowodniono, że nie miał żadnych własności uzależniających, w przeciwieństwie do normalnych środków przeciwbólowych, które szeroko były stosowane na Ziemia i dłużej działał. To, dlatego Hammond zdecydował, że był warty dalszych badań. -Nadal nie przetestowaliśmy go? -Tak, my to zrobiliśmy. Minął tydzień od pamiętnego pokazu slajdów w bibliotece Generała. Prawie wszyscy wyszli już z początkowego szoku spowodowanego widokiem tego co z jednym z najbardziej znaczących amerykańskich Senatorów (prawdopodobnie ich następnym Prezydentem) zrobiła SG1. Wystarczyłoby powiedzieć, że nie dostałby żadnych głosów od kogokolwiek z personelu SGC w następnych wyborach, jego doskonała szanowana sylwetka została splamiona tak strasznie, że cały czas widzieli jego zdjęcia, wszystko, co oni pamiętali to motyw jego "mokrych spodni" i tatuaż. To było bardzo źle. Ale życie szło dalej i ludzie mieli swoje, sprawy. Więc SGC wrócił do swoich normalnych zadań. W czasie lunchu, porucznik Marie Keller i sierżant Tara Green szły do kantyny aby coś zjeść. Mówiły o "niepowodzeniu" Kinseya. -Czy wiedziałaś, że żona Kinsey odeszła z domu?- Marie, jako królowa poczty pantoflowej bazy, zawsze znała najnowsze nowiny. Tara była zaintrygowana. -Naprawdę? Czy to przez tatuaż? -Cóż, oczywiście nie wiem na pewno, ale to było by najbardziej prawdopodobne wytłumaczenie,- rozważała porucznik. –Znaczy się, to zdarzyło się następnego dnia po tym "fatalnym" dniu, to nie mogłoby być zbieg okoliczności. Domyślam się, że Kinsey nie był świadomy istnienia tatuażu. -Hmm, przypuszczam, że mogę zrozumieć, dlaczego ona go zostawiła.- brązowowłosa sierżant kiwnęła głową ze współczuciem dla żony Senatora. -Jeśli mój chłopak przyszedł by do domu z tatuażem z imieniem innej kobiety, zrobiłabym to samo. - Oczywiście nie wcześniej kopnęła byś go w dupę,- zasugerowała przyjaciółka. Tara uśmiechnęła się. -Nie podsuwaj mi takich pomysłów, mogłabym się skusić, by zrealizować to praktycznie. Marie miał coś dodać kiedy zatrzymała się, jakby zobaczyła ducha. Tara miał zamiar szturchnąć przyjaciółkę kiedy kątem oka zobaczyła to co zszokowało Marie. To było coś takiego, że zatkało obie kobiety. Tam, przed kantyną, pułkownik O'Neill i major Carter stali przed sobą - twarzą w twarz, w bardzo niewielkiej odległości, naprawdę zbyt małej. -Jez..., jesteś pewna Carter?- powiedział Pułkownika, który wydawał się być niezdecydowany. Jedną rękę położyła na kołnierzu kurtki Pułkownika i bawiła się nim, jej palce gładziły i zwijały niebieski materiał. Unikając jego oczy, popatrzała na rękę i aktualny przedmiot zainteresowania. -Jestem pewna, Sir.- Czy to było warknięcie? Czy major Samantha Carter właśnie warknęła? Na swojego dowódcę? On popatrzył na jej głowę. -Co, jeśli to się nie uda?- spytał łagodnie. Przechyliła głowę, by popatrzeć mu w twarz. –Uda się .- W jej głosie nie było niezdecydowania, jej niebieskie oczy były pełne determinacji. -Jak nieprzyjemne chcesz żeby to było?- spytała go znowu, próbując skoncentrować się gdy jej ręka przesunęła się na jego pierś. -" Bardzo ".- nie została powstrzymana. Westchnął, nie było sposobu, aby mógł się dłużej opierać. -Jeszcze raz mi powiedz, dlaczego powinienem się na to zgodzić? Oblizała usta umyślnie powoli. -Ponieważ " ja " również tego chcę. -Obiecujesz, że to zadziała?- nadal był nie przekonany. Pochyliła się bliżej i uśmiechnęła się. -Obiecuję. Rozważał to przez chwilę i wzruszył ramieniem. -A zatem w porządku. Odepchnęła go delikatnie i oddaliła się od niego. -Dzięki Sir, dam znać Generałowi i składam prośbę, na dołączenie do załogi "Prometeusza" w ich pierwszej locie próbnym gdy to tylko będzie możliwe.- odwróciła się i odeszła. -Do zobaczenia na odprawie, Sir. Mruknął po nosem. -Naukowcy.- Jego oczy spoczęły podejrzliwie na pośladkach jego major. Kiedy wyszła poza zasięg wzroku potrząsnął głowę i zniknął wewnątrz kantyny. Tara i Marie nadal stawały w tym samym miejscu jak kilka minut temu. Były nieme i oszołomione. -Znów to zrobili. -Oni nie mogą po prostu wyprawiać takich rzeczy na naszych oczach i tak sobie po prostu odejść. -Widocznie mogą i właśnie to zrobili. -Flirtowanie z dnia na dzień jest coraz bardziej jawne. -Nie zapominaj o wymianie spojrzeń i tych uśmiechach. -Opowiedz mi o tym. -Nie wiem, czy mogę to znów zrobić. -Bo spalę się z ciekawości. Zdecyduj się wreszcie. Senator Kinsey był w domu. Jego wierna żona właśnie zostawiła go tydzień temu bez żadnego powodu, próbował zadzwonić do niej i dowiedzieć się co zrobił źle, ale ona nie chciała mieć teraz z nim nic wspólnego. Miał właśnie przed sobą brązową kopertę, została dostarczona do jego domu dzisiaj rano bez informacji o nadawcy. Otworzył ją i wyjął kawałek papieru. To była normalna biała kartka, z jakimś tekstem napisanym na maszynie - nie ręcznie. Zaczął czytać. Nie zapominaj, mogę zabrać cię kiedykolwiek będę chciał. Więc, nie rób niczego co mogłoby się mi nie spodoba , i trzymaj ręce z dala od mojego zespołu. PS: Jeśli potrzebujesz czegoś co ci będzie o tym przypominało, spojrzyj pod swój duży palec u prawej nogi. Kinsey zgniótł papier w małą kulkę. Wiedział , że to wysłał O'Neill. Więc to nie był sen. Goryle poinformowali go, że łazience spędził tylko około trzydziestu sekund, dlatego w końcu pomyślał, że stracił świadomość i wyobraził sobie to wszystko. O'Neill wysłał list, by dać mu znać, że miał nad nim władzę. Senator był wściekły, ale nie mógłby nic zrobić w tej sprawie. O'Neill miał te nieszczęsne fotografie, które mogły łatwo zniszczyć jego wizerunek. Co za okropny człowiek. Jedyną słabością O'Neilla był jego zespół, ale on dał mu jasno do zrozumienia, że oni byli nietykalni, więc nie mógł im nic zrobić. Psiakrew , chciał się zemścić, ale to było na razie niemożliwe. Ale w porządku, on jest cierpliwym człowiekiem, może czekać aż nadejdzie odpowiedni czas. Aż wygra następne wybory i stanie się nowym Prezydentem. I kiedy ten czas nadejdzie, O'Neill będzie żałował, że się narodził. Podbudowany tą myślą, gniew Kinseya nieznacznie zelżał. Podszedł do kominka i rzucił papier do ognia. Przyglądał się, jak papier spala się na popiołów. Papier poruszał się nieznacznie w płomieniach, widział na nim słowo " palec". Racja, O'Neill kazał mu spojrzeć pod duży palec u prawej nogi. Usiadł na krześle i zdjął pantofel, założył okulary do czytania i położył prawą stopę na lewego kolano. Pochylił się do przodu, by, spojrzeć pod swój duży palec. Jego twarz przybrała czerwoną barwę, gniew ponownie się pojawił. -O'NEILL. Jego wrzask można było usłyszeć w całej jego ogromnej białej rezydencji. Dlaczego? Ponieważ pod dużym palcem, był mały tatuaż. To było słowo napisane wielka gruba czarna czcionką, słowo, którym Kinsey bardzo gardził Tym słowem było SG1 Koniec
Login:
Hasło: