Nowa gra w świecie Stargate! [wideo]

Wytwórnia MGM oraz Arkalis Interactive ogłosili premierę najnowszej interaktywnej gry przeznaczonej na urządzenia mobilne. IGN donosi, że pierwszy epizod gry swoją premierę będzie mieć w marcu 2013 roku. Trailer przedstawia śliczne animacje z bardzo realnymi podobiznami całej drużyny SG-1. Nie jest to co prawda gameplay, co nie zmienia faktu, że filmy... Więcej...

chevron
Fanfic » ArTi » Żarówka, Kaseta i Pudełko czekoladek
Tytuł oryginału: Lightbulb, Tape and A Box of Chocolate Autor: Blue Topaz, blue-topaz@lycos.com Tłumaczenie: ArTi Gatunek: Humor, Romans Pary: Jack/Sam Ostrzeżenia: brak Prawa autorskie: Stargate SG-1 nie należy do mnie, lecz do MGM, Gekko Corp., Sci-Fi Channel, Showtime. Postacie, sytuacje i zdarzenia są własnością autorów. Dedykacja : dla kmi01 – Dziękuję za dedykacje w PORADNIK – ROZDZIAŁ 2 Korekta gramatyczna i stylistyczna: Stefan Bolzman Źródło: Link
Część pierwsza: Żarówka, ......... Nudzę się, reszta SG1 jest teraz na P 34-549 a ja utknęłam tutaj sama w izba chorych. Janet nie pozwoli mi zbliżyć się do mojego laboratorium, na pewno powie, że potrzebuję odpoczynku i będzie grozić, że przywiąże mnie do łóżka, jeśli nie będę współpracować. Jeśli mam być szczera, dopiero co zemdlałam. Janet spostrzegła to jako okazję na to, by zorganizować mi wypoczynek wbrew mojej woli. Faktycznie jestem również trochę anemiczna, gdzieś tak od miesiąca. SG5 przyniosło nowy "dzinks", jak to przedstawił „pewien” pułkownik. Na początku było to ekscytujące, ale gdy zrobiłam wszystkie testy, które tylko mogłam wymyślić, nadal nie mogłam odkryć co to było. To mnie trochę sfrustrowało, ale naprawdę porządnie się wkurzyłam kiedy ten palant (tj. dowódca SG5, major Blaine) przyszedł wczoraj do mojego laboratorium i nieśmiało wybąkał, że "dzinks" nie był w rzeczywistości "dzinksem" ale..., wierzcie lub nie, żarówką. Jego zespół wrócił na tamtą planetę gdzie to zdobyli i odkryli czym naprawdę był ten "dzinks". Miał dużo szczęścia, że Daniel i pułkownik byli w moim laboratorium kiedy przyszedł mi to powiedzieć, i przeprosić, inaczej mogłabym powiedzieć kilka soczystych słów i cisnąć tą głupią " żarówką" prosto w jego głowę. Zamiast tego po prostu spojrzałam i powiedziałam: - "W porządku majorze. ....A tak, następny razem jak wróci pan na tą planety proszę nie zapomnij SPYTAĆ tubylców, po co dali wam "ŻARÓWKĘ" bez powiedzenia, że to jest "ŻARÓWKA"! Myślę, że moje spojrzenie zaczęło słać później mordercze błyski, ponieważ major zaczął się trochę wiercić. Człowieku, nie wiem kiedy rozwinęłam zdolność, by powodować wiercenie się majora. Domyśliłam się, że pułkownik wspomagał mnie trochę. Następnie major Blaine odmeldował się. Odwróciłam się i zobaczył dwóch moich kolegów gapiących się na mnie. Pierwszy przemówił pułkownik. - No, no, więc dobrze, nigdy nie wyobrażałem sobie, że jesteś Carter taka awanturnicza. To było ….. oziębłe. Jesteś bardzo.... Ty jesteś tak …" -Jestem bardzo co Sir? Wie pan jak dużo czasu straciłam na tą …. tą …. żarówkę Sir?, Myślałam, że to coś interesującego, coś innego, coś … nie wiem …. przydatnego - odpowiedziałem mu prawie krzycząc. Byłam wściekła. -Miałem zamiar powiedzieć "jesteś naprawdę onieśmielająca" ale teraz zmieniam to na "jesteś naprawdę przerażająca".- uśmiechał się, w ten swój cholerny sposób, który powoduję że zapominam właściwie o wszystkim. - No już Carter, nie denerwuj się tak tym. Blaine zaczął dopiero 2 miesięcy temu, to była jego co …. czwarta, szósta misja? Daj temu facetowi szansę, co? Poza tym, on jest zadurzony w tobie. - Co? - rozbawienie szybko zastąpiło gniew. - Słyszałaś. ON ... JEST ... ZADURZONY … W … TOBIE. Czy chcesz bym to przeliterował? - uśmiechał się, ciesząc się, że mnie zakłopotał. Tak właśnie mi dokucza. I muszę się przyznawać, jakoś to lubię. Czy to ma sensu, że lubię być zakłopotana? -Daniel, czy wiesz o czym mówi pułkownik? - naturalnie mój mechanizm samoobrony zaczął pracować i wiem, że Daniel będzie popierał mnie we wszystkim, ponieważ zawarliśmy jakiś rodzaj zmowy przeciw pułkownikowi. - Och tak, wiem. Faktycznie Sam, tym razem muszę zgodzić się z Jack'iem. Nie mogłam w to uwierzyć. Daniel zdradził mnie, więc będzie musiał za to zapłacić. - No taa, z jakiego powodu myślicie chłopaki, że on jest we mnie zakochany? - Cóż, nie wiem czy zaważyłaś, że zawsze rumieni się gdy z tobą rozmawia. - Taka była odpowiedź pułkownika. - Stara się też codziennie pójść do twojego laboratorium. - dodał Daniel. - Oj tak, Daniel nie zapomnij co się stało gdy wróciliśmy z deszczowej planety. Naprawdę usłyszeliśmy jak mówił w szatni swoim kolegom z zespołu jaka jesteś "fajna". - Jack nie "fajna", sądzę że słowami których użył były "niebezpiecznie atrakcyjny" - A to jakaś różnica? - Rzeczywiście słyszeliście że to powiedział? - gapiłam się na nich nie wierząc słowom, które powiedzieli. Zaczęłam podejrzewać, że to jest zmowa pomiędzy nimi dwoma. Daniel, ty zdrajco. Będziesz żałował, że mnie zdenerwowałeś. Tylko zaczekaj, aż dostanę cię w swoje ręce. - Och tak, nawet zarejestrowaliśmy całość na kasecie. Daniel ma ją w swoim laboratorium. Wpatrzyłem się w nich pusto i dopiero po chwili wiadomość dotarła do mnie. -Na kasecie? Czy rzeczywiście masz to? Jak … kiedy … jak? - Cóż, byliśmy w dobrym miejscu w odpowiednim czasie W porządku, później gdy już ją przesłucham skonfiskuję taśmę możliwie szybko. Pod warunkiem, że oni naprawdę ją mają. - A zatem dobrze, mogę ją przesłuchać? - Pewnie, dlaczego nie. Daniel, chodźmy. - Mmm, przepraszam Jack. Mam umówione spotkanie z Teal'ciem w jego kwaterze. Pomaga mi z tym napisem Goa'uldów który znaleźliśmy na P 34-549. Ale Sam, jeśli naprawdę chcesz przesłuchać kasetę, to jest na moim biurku. Tutaj jest klucz do mojego laboratorium. Zanim zdążyłam sięgnąć po klucz, Pułkownik już zabrał go z ręki Daniela. -Chodź, pójdę z tobą. Nie chcę, by w jakiś „przypadkowy” sposób się zniszczyła. Czytał w moich myślach. Nie wiem, czy powinnam go za to znienawidzić czy nie. Szliśmy, aż nagle pomyślałam, że oni mogą blefować, nigdy nie przypuszczałam, że to może być prawdą. Więc szłam korytarzem SGC myśląc, jak wpakowałam się w ten bałagan. A więc, będę w zasadzie słuchała rozmowy która powie mi, że major Blaine zakochał się we mnie, przed facetem w którym ja się zakochałam. Klasyfikuję to jako totalnie zakręcone. Pułkownik O'Neill nie powiedział ani słowa. Nie wiem co czym myślał. Żałuję, że nie potrafię czytać w myślach. Przeklęta Anise i jej wykrywacz kłamstw. Przeklęty regulamin. Mogę tylko mieć nadzieję, że jakoś pewnego dnia będę mogła powiedzieć mu jak wiele dla mnie znaczy. "Znaczy o wiele więcej , niż przypuszczałam", jakoś te słowa utkwiły mi w pamięci. Westchnęłam. - W porządku? Para brązowych oczu łagodnie patrzyła na mnie. Muszę wymyślić coś mądrego by odpowiedzieć. - Taa, jestem …- chciałabym powiedzieć ci jak bardzo cię kocham, oczywiście to nie jest mądra odpowiedź. Uczciwa, ale nie mądra. -… zmęczona i rozczarowana. Pracowałam nad tą rzeczą przez tydzień i ona okazała się być żarówką. Czy to nie straszne? Czasami czuję, że ktoś tam na górze żartuje sobie ze mnie. - Powiedziałem posępnym głosem. Posępnym, ponieważ nie mogłam powiedzieć mu rzeczy, którą chciałabym powiedzieć mu najbardziej. Ostatnio staję się coraz lepsza w ukrywaniu swoich uczuć, domyślam się, że praktyka ma tu jakieś znaczenie. - Jeśli tak chwilę pomyśleć o tym, to właściwie jest to nawet zabawne, jak myślisz? - uśmiechał się tak łagodnie, że moje serce się prawie roztopiło. Opanuj się dziewczyno, jesteś na korytarzu SGC, możesz zacząć "ślinić" się później. - Tak, przypuszczam że tak. Jak tylko przezwyciężę to dołujące uczucie, będę w stanie udawać rozbawienie. Jak przypuszczam. - uśmiechnęłam się słabo do niego. - Dobrze, jesteśmy. Wiesz co, ta kaseta jest właściwie zabawna. Możesz się uśmiać, jak jej posłuchasz. - otworzył drzwi do biura Daniela i od razu poszedł do jego biurka. Znalazł kasetę. - Gotowa? - Dlaczego miałabym przygotowywać się, by usłyszeć kasetę? - byłam trochę zmieszana. - Może chciałabyś usiąść. To jest długa kaseta. Wzruszyłam ramionami, moglibyśmy już z tym skończyć. Wzięłam jednego z krzeseł Daniela i usiadłam na nim. Pułkownik zrobił to sam i usiadł całkiem blisko mnie. Nacisnął PLAY. -… ona uratowała Ziemię kilka razy. To nie oznacza braku szacunku dla pana albo coś majorze ale major Carter to nie pana liga! - Rozpoznałam głos. To był Kapitan Payne z SG5, on też jest naukowcem. - Taa majorze, poza tym major Carter jest taka dziecinka. Dlaczego miała by chcieć wyjść z panem? Myślę, że to był Kapitan Leon, on powiedział to kpiarskim głosem. Patrzę na Pułkownika i mruczę - Dziecinka? - On się tylko uśmiechnął. - Cóż, nie będziesz wiedział, jeśli nie próbujesz, czyż nie? - To był głos Blaine’a. - Proszę posłuchać mojej rady majorze, zostaw major doktor Samanthę Carter w spokoju, jeśli chcesz mieć spokojne życie w SGC. - Dlaczego? - jego głos zdradzał lekkie zakłopotanie i prawdę mówiąc ja też byłam - Po pierwsze, jej ojciec jest generałem, który działa jako nasze łącznik z Tok'ra. To samo już wystarczy. Po drugie, SG1 jest bardzo zgranym zespołem. Oni są jedynym początkowym zespołem, który przeżył więcej wydarzeń niż wszystkie inne zespoły razem wzięte. Jeśli coś się jej stanie, wtedy reszta zespołu zrobi wszystko, żeby „ktoś” za to zapłacił. Po trzecie, ona może mówić „techno-bełkotem” kiedy pułkownik O'Neill jej każe i, jeśli nie możesz zrozumieć tego nie marnuj jej czasu. Po czwarte, dużo facetów, zarówno obcych jak i ludzi, było w niej zakochanych. Ale nigdy nie widzieliśmy żeby chodziła z kimś na serio. Niektórzy z nich są przystojniejsi i inteligentniejsi od pana. Po piąte, większość facetów w bazie myśli o niej. Jeśli ty umówisz się z nią, będziesz facetem, którego wszyscy znienawidzą. - To był głos Leona. Jak to się stało, że wyszedł z tyloma przyczynami dla których nikt się zemną nie umawia? Dobrze, nie mogę z nimi nie zgodzić, chociaż mam wątpliwość co do ostatniej. Muszę zapamiętać, by spytać o to później pułkownika. - Naprawdę? Dobrze, to nie jest moje wina, że ona jest tak inteligentna i atrakcyjna, czyż nie? Niebezpiecznie atrakcyjna. Człowieku, ja naprawdę ją lubię, no wiesz. Czy wiesz może jak dostać się blisko niej? - Majorze, nie słucha pan co mówię? Ona jest poza pana zasięgiem. Proszę się nie ośmieszać. Pan jest świetnym dowódcą, a ja nie chcę mieć w najbliższym czasie nowego ” - Dlaczego miałbyś mieć nowego dowódcę? - Dobrze, właśnie przypomniałem sobie, że jest po szóste. Ona może kopnąć pana w dupę. I kiedy ona się dowie, że urządzenie które dostaliśmy jest tylko żarówką jak pan myśli jak zareaguje? - Zgadza się Sir. Major Carter będzie tak na pana wkurzona, że nie będzie nawet brać pod uwagę by był pan w tym momencie jej przyjacielem. Nie mówiąc już o randce. - Dobrze, to jest mój błąd. Byłem zbyt podekscytowany kiedy krajowiec dał nam to urządzenie. Myślałem, że major Carter będzie bardzo szczęśliwa z powodu nowego obiektu badań. Czy widzieliście jak się uśmiechnęła do mnie kiedy daliśmy jej urządzenie? Mógłbym wtedy umrzeć jako szczęśliwy człowiek. Zaczęłam czuć się winna z powodu mojego wcześniejszego zachowaniu względem niego. On tylko próbował być miły. Chwila, …. jeśli pułkownik był obecny kiedy Daniel zrobił to nagranie wtedy on wiedział przez cały czas o …. - Jeez Sir, naprawdę zrozumiał pan to źle. Przycisnęłam STOP. - Ła Carter, doszliśmy do interesującego miejsca. Gapiłam się na niego. - Sir, dlaczego byliście pan i Daniel w moim laboratorium kiedy Blaine przyszedł informować mnie o żarówce? - Byłem tam, by zobaczyć jak zamierzasz zareagować.- znów się uśmiechnął. - Dlaczego? - Ponieważ chciałem się upewnić, że nie zrobisz niczego głupiego. Wiem, że byłaś zafascynowana tym "dzinksem", więc będziesz bardzo, bardzo zdenerwowana. Więc pomyślałem z Danielem że możesz dać mu w twarz albo zrobić coś podobnego. - Muszę przyznać, że to ma sens. - I … też chciałem wiedzieć, czy nie zrobisz czegoś z sadystycznych scenariuszy, z którymi wyszli Payne i Leon. - Sadystyczne scenariusze, Sir? - Tak, jeśli teraz to włączysz, zobaczysz jak pomysłowa jest ta dwójka. Oni powinni być autorami horrorów. Wiesz, były takie że zostawiły w moim umyśle nie za bardzo ładny obraz ciebie, więc kolejnym powodem, by tam być, było oczyszczenie mojego wyobrażenia ciebie. - Ohh.... - Wciśnij w końcu ten guzik. Następnie usłyszałam resztę kasety. pułkownik O'Neill jednak miał rację. Obaj kapitanowie z SG5 powinni być autorami horrorów. Nic dziwnego że major Blaine wyglądał na zdenerwowanego kiedy przyszedł wcześniej do mojego laboratorium. Nagle poczułam się bardzo zmęczona. Domyśliłam się, że cała ta praca laboratoryjna zaczęła dawać o sobie znać. Przysunęłam się, by wziąć kasetę ale Pułkownik był szybszy. - A… A… A… zamierzam zatrzymać kasetę. Jeśli chcesz jej posłuchać, po prostu poproś OK? - Sir, A tak w ogóle to co zamierza pan robił z tą kasetą? Po prostu proszę mi ją dać. - A ty? Co zamierzasz z nią zrobić? - Zamierzam ją spalić. - Zdecydowałam że szczera odpowiedz jest jedynym wyjściem. - Carter dlaczego zrobiłabyś coś takiego. Ta kaseta jest wyrazem uczuć majora Blaine’a dla ciebie. Przecież nie chcielibyśmy złamać mu serca dwa razy wciągu jednego dnia, prawda?- znów zaczął się uśmiechać. - Z całym szacunkiem Sir, ja ….- Zanim skończyłam moją wypowiedz zobaczyłam przed oczami jasność a następnie wszystko co widziałam stało się czarne. Nadal usłyszałam pułkownika wołającego moje imię zanim zupełnie nie "odleciałam". Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam znajomy sufit izby chorych. Spojrzałem dookoła i zobaczyłam Pułkownika spoglądającego na mnie. - Hej, jak się masz? - Co się stało? - Hej Doc, Carter się obudziła. - zignorował moje pytanie i zawołał Janet. - Hej. Jak się czujesz? - Janet wyszła ze swojego biura i zbliżyła się do nas. - Janet, co się stało? Dlaczego tu jestem? - Cóż, po prostu zemdlałaś. Pozwól mi zaznaczyć, że jesteś nieznacznie zanemizowana i jestem pewna że zignorowałaś mój zalecenia byś regularnie jadła i odpoczywała. Złapana na gorącym uczynku, uśmiechnąłem się nieśmiało. - Och … Więc na jak długo wyłączasz mnie z obowiązków? - próbowałam wstać ale pułkownik położył mi rękę na ramieniu i delikatnie popchnął z powrotem na łóżko - Nie tak szybko Carter. Pozostajesz w łóżku i odpoczywasz aż Doktor nie będzie zadowolona z twoim wyników badania krwi. - Zabiorę ci 3 dni. 3 dni? W łóżku izby chorych przez 3 dni? Nic nie robiąc? Zamierzałam zaprotestować ale gdy popatrzyłam na pułkownika i Janet, zrozumiałem, że nie mogłabym i tak wygrać z ich argumentami. - Trzy dni to bardzo długo Janet. Czy mogę przynajmniej dostać mojego laptopa? - zapytałam błagalnym głosem. - Nie dzisiaj, być może jutro. Teraz lepiej odpoczywaj. Wyślę pielęgniarkę, by przyniosła ci coś do zjedzenia. - Ok. - Posłuchaj, muszę teraz iść. Będzie ci tu dobrze? - Myślę że tak. Poza tym pułkownik jest tutaj. Jestem pewna że będzie chętny, by być przez chwilę moją osobistą pielęgniarką. Będzie przynosił mi wodę do picia i inne rzeczy. - Hej, to przełożeni oficerowie i są niczym dla… - trochę protestował ale poza tym uśmiechał się. - Sam, w takim razie zostawiam ciebie w odpowiednich rękach pułkownika, - powiedziała Janet i wyszła z izby chorych. - Więc, jak się czujesz? - spytał z poważnym wyrazem twarzy. - Dobrze, tylko chwilowo mam drobne zawroty głowy i jestem zmęczona. - A więc, to nauczy cię nie ignorować następnym razem zaleceń lekarza. Przestraszyłaś mnie, wiesz. Myślałem..... - jego wypowiedz zostało przerwana przez nadejście majora Blaine'a. - Przepraszam. Majorze, pułkowniku. Ja tylko …. mmm … słyszałem o … o pani stanie … i … major Carter, chcę tylko jeszcze raz powiedzieć, że … że jest mi bardzo, bardzo przykro … ja nigdy … nie zmierzałem sprawiać pani tyle kłopotów. Wyglądał jak mały chłopiec, który właśnie został zbesztany przez rodziców. - W porządku majorze, to nie jest pana wina. Mam także inne projekty poza pana żarówką. - Mimo to nic nie poradzę, że czuję się winny. Pułkownik O'Neill zbliżył się do niego i powiedział, - Blaine, mogę zamienić z tobą słowo ? Carter, zaraz wrócę OK? Odpoczywaj, majorze to jest rozkaz. - potem wyciągnął Blaine'a na zewnętrz zanim Blaine mógł coś jeszcze powiedzieć. Cudownie było spojrzeć w twarz Blaine’a. Tak zdecydowanie gościł na niej strach. Przypuszczam, że słowa Payne'a i Leona nadal tłukły mu się po głowie. Nagle poczułam się tak zmęczona, więc zamknęłam oczy i pozwoliłam aby ogarnął mnie sen. Kiedy obudziłam się, był już następny dzień. Popatrzyłam na zegar w izbie chorych. Reszta SG1 była już prawdopodobnie w tej chwili na P 34-549. Daniel powiedział, że pismo sygnalizuje istnienie świątyni gdzieś w okolicy ruin i chciałby tam wrócić. I znając Daniela, misja potrwa kilka dni. Byłam znudzona. Pielęgniarka przyszła i poszła. Nie miałam jeszcze mojego laptopa. Janet powiedziała, że każe by ktoś mi go przyniósł. Usłyszałam kroki na zewnątrz, brzmiały znajomo. Wtedy pojawił się Pułkownik i zanim zauważyłam, na moich kolanach wylądowało pudełko. - Dla mnie? - Nie Carter. Przyniosłem pudełko czekoladek do izby chorych i rzuciłem je na twoje kolana ale ono nie jest dla ciebie. Jest dla Teal'ca. Zachichotałam. Przypomina mi to trochę okres gdy mieliśmy połączoną pamięć. Jakoś mi tego brakuje. - Dzięki Sir.- Zaczęłam otwierać pudełko. - A zatem, co pan tu robi?, myślałam że jesteście nadal na P 34-549? - Biorę jedną z czekoladek i wkładam do ust. Mniam. - Tym razem pozwoliłem SG5 niańczyć Daniela. Teal'c poszedł z nimi. W zasadzie to jest misja Daniela.- wzruszył ramionami. Zostawał tutaj dla mnie. Czyż to nie słodkie? - Założyłabym się, że wykorzystał pan rangę, by wysłać SG5 na tą misję. - Uśmiechnął się na moje stwierdzenie ale nie usiłował zaprzeczyć. Zaproponowałam mu czekoladkę. - Nie dzięki Carter. Czekoladki są dla ciebie. Wiem że zawsze miałaś do nich słabość. - Więc Sir, co powiedział pan wczoraj majorowi Blaine'owi? - Muszę przyznać, że byłam naprawdę tego ciekawa. - Och … nic. Tylko upewniałem się, że nie zrobi już nigdy takiego samego błędu. - Tylko to? - Tak, tylko to Nie wiem dlaczego ale znów poczułam się trochę zmęczona. - Jesteś zmęczona? - Skąd wiedział? - Taa. - W porządku, pozostawię cię teraz byś odpoczywała. Cześć. - I wyszedł z izby chorych Wpatruję się przez chwilę w drzwi. Być może to całe odpoczywanie nie jest jednak takie złe. Mogę zobaczyć jak słodki jest w rzeczywistości pułkownik. Nieświadomie uśmiecham się. Dobrze, będzie lepiej teraz trochę odpocząć. Położyłam pudełko czekoladek na stole obok łóżka i podciągnęłam trochę koc. Jestem gotowa by się zdrzemnąć. Chwila!! Co z kasetą? Oczywiście pułkownik nadal ją ma. Nadal muszę ją spalić. Dobrze, domyślam się, że później ją od niego dostanę. Dobrze więc, chcę tylko spać i być może to będzie sen o pewnym pułkowniku z brązowymi oczami. Oops i jeszcze jedno, nadal muszę obmyślić jak Daniel zapłaci za swoją zdradę. Część 2 - " Zemsta jest bardzo słodka" Minęło 3 dni i nadal jestem w izbie chorych. Pielęgniarka dzisiaj rano pobrała mi krew. A ja czekam na to co z tego wyniknie. Pułkownik był naprawdę uczynny, wpadał tak często jak tylko mógł. Dotrzymywał mi towarzystwa jako że Janet pozwoliła na "randki" z moim laptopem tylko 4 godziny dziennie. Właśnie jest teraz tutaj i zdecydowałam, że to jest odpowiedni czas, by poprosić go o kasetę. - Proszę wejść Sir. Czy nie mógł by pan po prostu wyciągnąć mnie z nieszczęścia i oddać mi kasetę? - Nie ma mowy Carter. Czy wiesz jak trudno było zrobić to nagranie? - Sir. Przypadkowo spotkaliście się z nimi w szatni. Jaka to jest trudność? To tylko czyste szczęście, - zwróciłam mu na to uwagę . - Nie mówię o tym jak to zdobyłem Carter, mówię że musiałem powstrzymać swój śmiech kiedy byłem zmuszony zasłaniać cały czas usta Daniela ręką. Przypuszczam że te wszystkie lata w Czarnych Operacjach w końcu się opłaciły. - Niech pan będzie dobrym kolegą Sir. Nie mogłabym namówić pana, na oddanie mi kasety. Jeśli pan byłby w moim położeniu, jestem tego pewna, że przekształciłby tą prośbę natychmiast w swój tryb rozkazujący i powiedział „Majorze, daj mi kasetę. To jest rozkaz”. Ja, będąc dobrym oficerem, zastosowałabym się do pańskiego rozkaz i oddała ją natychmiast. - Oczywiście nie przed zrobieniem kopii. Ale tego nie powiem przecież głośno. - Och tak, Daniel wróci za dwie godziny. Widocznie, świątynia została zniszczona kiedy Goa'uld porzucił planetę. Mówił coś tam o zacieraniu przez nich śladów. - Proszę nie zmieniać tematu Sir. Nadal chcę kasetę. - On powiedział, że to jest naprawdę niezwykłe. Wkońcu Goa'uldowie kochają zostawiać ślady bycia fałszywymi Bogami. Powiedział też, że mógł być mniej ważnym Goa'uldem uciekającym z … - SIR! - przerwałam krótko jego wyjaśnienia. Nie było mowy, żeby odciągnął mnie od zdobycia kasety. Dałem mu ostrzegające spojrzenie, by pokazać, że naprawdę chcę kasetę. Teraz uśmiecha się, nagle mam złe przeczucia co do tego, jego oczy jarzą się figlarnie. - Jak nieprzyjemne chcesz by to było? Zatrzymałam się na chwilę, zastanawiając się jaki rodzaj gry teraz prowadzi. Ale nie ma żadnej drogi odwrotu. Carterowie nigdy się nie cofali. - Bardzo,- powiedziałam nie bardzo przekonującym głosem. Nadal się uśmiecha. - Cóż, przypuszczam, że mógłbym ci ją dać. - Naprawdę? - Coś jest nie tak, czuję to. - Oczywiście musisz coś dla mnie zrobić w zamian. Rozumiem, wiedziałam, że coś się za tym musi kryć. - Och …. W porządku. Co zatem pan chce bym zrobiła? - spytałam ostrożnie. - Mmm, nie mogę nic teraz wymyślić. Ale jestem pewny że w końcu na coś wpadnę. - Zawsze mogłabym poprosić generała Hammonda by rozkazał panu oddać mi kasetę, wie pan. Teraz się śmieje. - Czy jesteś pewna że chcesz, by Hammond wiedział o tym? - To jest moje ostatnie wyjście Sir. A tak w ogóle to co pan chce żebym zrobiła? Jeśli upewni się pan że to nic odrażającego albo krępującego zrobię to.- przybrałam wyzywający wyraz twarzy. - W porządku, przyniosę kasetę do ciebie jak tylko będę mógł wymyślić coś nie odrażającego albo nie krępującego do zrobienia. - zaczął wstawać. - Czy teraz pan odchodzi? - zapytałam normalnym głosem, próbując ukryć moje rozczarowanie. - Taa, nadal mam jakąś papierkową robotę,. No wiesz ja i papierkowa robota, mamy na siebie uczulenie. To podsunęło mi pomysł. - A co, jeśli pomogę panu robić pańską robotę papierkową przez tydzień? Odda mi pan kasetę? - Nie wykupi się pani tak łatwo majorze. - W takim razie miesiąc. Włożył ręce do kieszeni i zaczyna odchodzić. - Dwa miesiące. - Na razie Carter. Westchnęłam. A więc następnym razem muszę wymyślić lepszą propozycje. Taką której nie będzie mógł odmówić. Janet wypuściła mnie izby chorych ale chciała, bym pozostała w bazie, aby uniknąć niespodzianek. Normalnie byłabym z tego zadowolona ale ona dała mi wyraźnie do zrozumienia, że moje laboratorium jest strefą zakazaną. Nawet umieściła wartownika przed drzwiami, dla pewności. Więc pozostała mi tylko kantyna. Byłam w trakcie mojej ulubionej niebieskiej galaretki kiedy Daniel i dwaj kapitanowie z SG5 zdecydowali się zjawić. Macham do niego a on mi odmachnął. Dostali coś do jedzenie i usiedli przy moim stole. Daniel obok mnie, Payne przede mną a Leon obok niego. Widok tych trzech razem podsunął mi pomysł. To jest czas zemsty. - Cześć Sam, jak leci? - Witam major Carter. - Major Carter, cieszę się że widzę panią w dobrym zdrowiu. Oni zachowywali się, jak by nic się nie zdarzyło. Mój mózg nadal rozwiązywał, jakie działania podejmę. Leżenie w izbie chorych przez 3 dni nie mając nic do roboty, oprócz spania, dało mi dużo czasu, by zaplanować zemstę. Część pierwsza zemsty rozpoczyna się, cel: Daniel. - W porządku, teraz. To nie pomaga, gdy mój przyjaciel nie mówi nawet do widzenia przed udaniem się poza Ziemię, mimo że leżę w szpitalnym łóżku. - patrzę na niego. Najpierw robię by czuł się trochę winny. - Mmm, odnośnie tego. Jest mi naprawdę przykro Sam. Myślę, że naprawdę niepotrzebnie dałem się wplątać w tą całą sprawę. Wiesz jak ważne jest to do mnie a ty nie obudziłaś się kiedy wyruszaliśmy. Nie chciałem cię niepokoić. - pijał kawę próbował uniknąć mojego spojrzenia. - Oczywiście wiem o tym, Danielu. Ale pewnie nie było żadnego powodu abyś nie zostawił jakiegoś liściku albo może kwiatów, czyż nie?- sprawia mi to przyjemność. - Jeez majorze, nigdy nie wyobrażałem sobie że lubi pani dostawać kwiaty. - Leon zdecydował się dołączyć do naszej rozmowy. Zwróciłam spojrzenie na niego. On prosi się o kłopoty i obiecuję, że dostanie na co zasłużył. - Nie lubię, ale to mimo to byłoby miłe, jeśli ktoś zdecydowałby się dać mi je. Więc panowie, gdzie jest wasz major? - Och, teraz jest w biurze generała. To jest związane z tymczasowym zastępowaniem porucznika Greena. On złapał jakąś infekcje wirusową. Doktor powiedziała, że wypadnie na miesiąc. - odpowiedział Payne. - Och … a przy okazji, Daniel. Znasz nowego członka personelu pielęgniarskiego, który zaczął u nas tydzień temu? Drugie i ostatnie, uczynić żeby poczuł się skrępowany, BARDZO skrępowany. - Dostaliśmy nową pielęgniarkę? Wspaniale. - wtrącił się Leon. Przewróciłam oczami. - W każdym razie, dowiedziałam się, że nasz nowy personel szpitalny ma słabość do ciebie. Będąc na twoim miejscu przy następnej wizycie tam była bym bardzo ostrożna. Nabrałam galaretki. Zostało jej już tylko trochę. To jest powszechnie wiadome, że Daniel nie przyjmuje chętnie komplementów (np. dziewczyny pożerają go wzrokiem). Nieco poruszył się na krześle. - Sam, nie przypominaj o jakiejś nowej pielęgniarce. Jest również nowy doktor. - wyglądał na zmieszanego. - Doktorze Jackson, nie udawaj tępego. Och Boże, ty jesteś taki szczęśliwy. Wiesz jak wiele kobiet w tej bazie umiera z tęsknoty za randką z tobą? Pokażę jaki z niego jest szczęściarz. Poczekam, tylko aż znów będzie miał zamiar łyknąć kawę. - Daniel, - powiedziałam spokojnym głosem - osoba która kontrolowała cię po misji w środę nie jest nowym lekarzem, to jest nowa „pielęgniarka”. Dałem mu 2 sekundy. Pierwsza, on popijał kawę. Druga, jego oczy rozszerzyły się. - DOKTORZE JACKSON, TO OBRZYDLIWE. - AŁ, DOKTORZE JACKSON. Próbuję najlepiej jak potrafię nie śmiać się. Daniel opryskał całą kawa z ust tych dwóch kapitanów. Doskonale, dobrze im tak. Daniel zignorował ich i gapił się na mnie nieufnie. - Proszę powiedz mi, że żartujesz. Sam, proszę powiedz mi, że ŻARTUJESZ. Żartujesz, prawda? Proszę powiedz tak. Proszę, och mój Bóg, proszę powiedz tak. W tej chwili panikuje. Jak to mnie cieszy. Och i teraz czuję się dużo lepiej. - Major Carter, co jest nie tak z nową pielęgniarką? Dlaczego Doktor Jackson jest taki podenerwowany? - Payne próbował oczyścić się trochę, Leon również. - Tak, majorze. Dlaczego? Chwila, ona nie jest obcą albo czymś takim, nieprawdaż? Muszę przyznać, Leon wydaje się być bardzo twórczy w dziedzinie "wymyślania rzeczy". SGC istotnie przyjmuje teraz szukających azylu z innych planet. - Och nie nie, tylko nie to. - twarz Daniela zaczęła zmieniać barwę na biała. - Sam, proszę powiedz mi, że żartujesz. Błagam cię, miej na względzie moje zdrowie psychiczne. Uśmiechnęłam się złowieszczo. - Daniel, zawsze daję ci znać gdy żartuję, nieprawdaż? - Sam … proszę. - byłby szczęśliwy, gdyby kantyna była w tych godzinach trochę bardziej pusta ale faktem jest, że nadal za bardzo go lubiłam aby zakłopotać go przed dużą widownią. On jest oczywiście milutki, ale musi poznać na własnej skórze, że nie lubię być obiektem zabawy. - Nie Danielu. - No to w porządku, wracam do mojego laboratorium, mam coś przetłumaczyć. To jakiś ważny materiał. Mmm, do zobaczenia.- Nie mógłby biec szybciej niż teraz szedł, porzucił tacę po drogi ale nadal trzymał w ręce filiżankę kawy. Domyślam się, że by pokonać szok on potrzebuje szczególnie mocną kawę, którą trzyma w swoim biurze. - Uhm, majorze. Czy mogłaby nam pani powiedzieć o co chodzi? - Taa majorze, myślę, że jest nam pani winna wyjaśnienia, wiem, że zrobiła to pani celowo. Co mamy zrobić dla pani, aby zasłużyć na to? - Leon uśmiechał się. On nie miał żadnego pomysłu co miałem dla nich w zanadrzu. Ok, przygotujcie się na drugą części zemsty, cel: Payne i Leon (dwóch złośliwych kapitanów z SG5) - A więc, oczywiście chodzi o tą nową „pielęgniarkę”. Tą która jest zakochana w Danielu. - Co jest w końcu z nią nie tak? Czy jest taka uszczypliwa jak doctor Fraiser? - Och nie, nie Nic z tych rzeczy. Przeciwnie , ON jest bardzo łagodny dla pacjentów. - domyślam się, że to powinno "spuścić z nich powietrze". Wyglądają na oniemiałych. Cóż typowi faceci, kiedy powiesz personel pielęgniarski oni zawsze przyjmą, że to będzie kobieta. Czy oni nie widzieli "Ostrego dyżuru"? No naprawdę..... - Och mój Boże …. - Zaiste"Och mój Boże". - Biedny Doktor Jackson.- Cóż, nie powiedziałabym biedny. Pielęgniarz Finn jest naprawdę słodkim facetem, on tylko troszeczkę ogłupiał na punkcie Daniela, to wszystko. Kto nie zrobiłby tego? Daniel ma oczy szczeniaka i jest typem słuchacza. Marzenie każdej kobiety (i niektórych facetów). - Ale nadal, majorze, to nie wyjaśnia, dlaczego zdecydowała się pani mu to powiedzieć. To znaczy, on jest pani przyjacielem i zazwyczaj tego pani nie robi, nieprawdaż? To nie ma sensu. Chyba, że ….. chyba, że on coś zrobił, czym panią zdenerwować, prawda? - Payne jest szybki w ocenie sytuacji, właśnie dlatego jest w SGC. Jeśli byłabym jego dowódcą, umieściłabym "wspaniała spostrzegawczość" w jego aktach osobowym. - Macie rację. Faktycznie on „coś” zrobił, ale to coś jest również związane z wami, chłopaki. - Naprawdę? Czemu? - Czy pamiętacie chłopcy rozmowę, która mięliście z waszym dowódcą zanim on poszedł powiedzieć mi złą wiadomość dotyczącą tego „gadżetu” który przynieśliście z P 65-X7Y? To zwróciło ich uwagę. Patrzyli na siebie przez chwilę. - Nie wiem o czym pani mówi majorze. - Leon spróbował zaprzeczyć, ale jego zadowolony wyraz twarzy znikł. Payne po prostu wyglądał naprawdę blado. Mogłabym niemal pogwizdywać z zadowolenia, ponieważ czułem się bardzo dobrze i byłam zupełnie opanowana. - Czy jesteś pewny Leon? Ponieważ wiesz że ja nigdy nie podniosłabym staffa na „klejnoty rodowe” twojego dowódcy, prawda? Albo nie włamałabym się umyślnie do głównego komputera bazy i wysłała SG5 na planetę z czarną dziurą? Nie, jednak nie mogłabym tego zrobić. - To były dwa z mniej sadystycznych scenariuszy, które oni przytoczyli, nie mogłabym nawet wyobrazić sobie innych. One są po prostu zbyt paskudne. Patrzę na moją galaretkę, nie zostało jest już dużo. Wbijam łyżkę w ostatni kawałek, wstaję i zaczynam odchodzić od stołu. Jest późno, lepiej wrócę do mojej kwatery. Dwaj kapitanowie siedzą nadal przy stole, niemi i zszokowani. Mieszanina strachu i przerażenia jest wypisana na ich twarzach. - Do zobaczenia w okolicy chłopcy. Ach tak, następny razem kiedy zechcecie pomówić o kimś, upewnijcie się czy nie ma tam Daniela z magnetofonem. Zaczynam wychodzić i wtedy coś sobie przypominam. Mogłabym równie dobrze zrobić coś jeszcze, żeby cierpieli trochę bardziej. Więc zatrzymuję się, obracam do nich i uśmiecham tak niewinnie jak to tylko możliwe. - A tak przy okazji, pułkownik O'Neill sądzi, że obaj panowie macie talent, by być autorami horrorów. On uważa, że jesteście bardzo pomysłowi. Nie mogłam popatrzeć w ich twarze, wiedziałam, że nie wstrzymałabym śmiechu na zbyt długo, jeśli zrobiłabym to. Więc wychodzę z kantyny tak szybko jak to tylko możliwe. Czuję się tak że chciałabym skakać po korytarzu, ale muszę dbać o reputację. Czułam się tak dobrze dopóki nie zobaczyłam notatki przypiętej do moich drzwi. Natychmiast rozpoznałam, że to jest pismo pułkownika. Carter, Spotkaj się ze mną jutro o 09.00, w moim biurze. To dotyczy kasety. Płk J. O'Neill On już zdecydował co chce ode mnie bym zrobiła. Cholera, byłam tak zajęta zemstą na Danielu, Payne'ie i Leon'ie. Nie miałam czasu, by pomyśleć o kasecie. Domyślam się, że wtedy nie zastanawiałabym się jak mi jutro pójdzie Część 3 - Dziękuję ... Za Wszystkiego - Znasz bliźniaków, którzy mieszkają w obok mnie, prawda? - Tak, a co z nimi? - Wporządku, otrzymałem od ich list z wyzwaniem. - List z wyzwaniem, Sir? Od bliźniaków? - On żartuje, on zamierza być zabawny. - Tak Carter i to już miesiąc temu. Nie odpowiedziałem, byłem zajęty tymi wszystkimi rzeczami która dzieją się wokoło nas. No wiesz, to całe ratowanie Ziemi. - Dlaczego oni wysłaliby panu list z wyzwaniem, Sir? - Dobrze, jeśli chcesz wojny, drużyna z którą masz walczyć powinna być odpowiednia? Bo inaczej jaki by to miało sens? - Wojna, jaka wojna? - To stawało się coraz bardziej niesamowite. - „Laserowa wyprawa”. Słyszałaś o tym, nieprawdaż? Mamy jedną z nich w Centrum Handlowym w Colorado Springs. - Tak, wzięłam tam raz Cassie. Ale nie widzę jak …. " - Pozwól mi najpierw skończyć Carter. - Ok. - Ok, na czym to skończyłem, och tak list. Ponieważ nie odpowiedziałem, oni napisali kolejny list, w zasadzie nazywając mnie tchórzem. Nie mógłbym się z tym pogodzić. Dlatego zdecydowałem, że jeśli oni chcą mieć wojnę, to będą ją mieli. - przerywał na chwilę. - Właśnie tam się udasz. Chcę, byś razem ze mną skopała ich tyłki. - Chce pan, bym co zrobiła? - Byłam wstrząśnięta, wiedziałam, że Pułkownik jest dużym dzieckiem, ale to? - To nie jest odrażające ani krępujące, to jest idealne. Zastanawiam się, dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej. Te małe bachory wkurzają mnie od lat. Wiedziałaś, że raz pomalowali ściany mojego domu na różowo, później sąsiedzi patrzyli na mnie dziwnie. - wyglądał na trochę zdegustowanego tym wspomnieniem. - Ale Sir, te małe brzdące nie mogą być starszy niż dwanaście lat. - On chciał, bym walczyła z dziećmi? -I? Ale? Więc? Dlatego? - Nie znęcam się nad dziećmi, Sir. To znaczy dwóch oficerów USAF, jeden Pułkownika i jeden major, przeciw dwóm dwunastolatkom? To po prostu nie wydaje mi się uczciwe Sir. - Carter, oni zamierzają przyprowadzić swoich przyjaciół, tam będzie w sumie szóstka albo być może siódemka dzieciaków. Majorze jeśli to będzie tylko dwójka, nie będę potrzebował pomocy. - Ale mimo to Sir, to są tylko dzieci. - To nie są dzieci Carter, oni są głównymi intrygantami. Ktoś musi trochę utrzeć im nosa. - Ale to jest jak zabieranie dziecku cukierka Sir. Proszę sobie wyobrazić co Piechociaże powiedzą, jeśli kiedykolwiek się o tym dowiedzą. - Nikt się o tym nie dowie. Poza tym, będzie nas tylko dwoje przeciw siódemce dzieci, czy to nie czyni tego uczciwym, nie wydaje ci się? Ponadto, nadal chcesz kasetę, nieprawdaż? On już się zdecydował. Jak mogłabym przypuszczać, że odmówię? Jak gdyby wyczuwając moje niezdecydowanie, wyjął coś z kieszeni i położył na stole. - Carter popatrz, tu jest kaseta. Jestem skłonny oddać ci ją już teraz, jako gest mojej dobrej woli. - uśmiechnął się. Jak on mógł to zrobić, on wiedział , że jak tylko wezmę kasetę, będę musiała zgodzić się z jego zamiarem. Znęcanie się nad dziećmi jest bardzo źle (ale to brzmi jak zabawa), z drugiej strony kaseta krzyczy do mnie, błagając być ją spaliła. Decyzje, decyzje. - No już Carter!. Spróbuj spojrzeć na to jak na misje, z tymi dzieciakami jako naszym wrogiem w miejsce tych nie dobrych śliskich wężogłowych. To jest tylko subtelna zmiana, nie sądzisz. Będziemy się dobrze bawili, obiecuję. - próbował mnie przekonać. - Nie mogę wziąć ze sobą Teal'ca, on od razu przestraszyłby dzieci. I nie mogę wziąć Daniela, przegrałbym na pewno. Ty jesteś oczywistym wyborem, poza tym mam coś co chcesz dostałem. - dał mi ją. – Zrobi pani to dla mnie, niezależnie czy się to pani podoba czy nie- uśmiecha się. Popatrzyłam na niego, następnie na kasetę i w znów na niego. - Potrzebuję czasu na zastanowienie się Sir. - Dalej Carter!, wiem, że ty nie jesteś takim aniołkiem na jakiego wyglądasz. Aniołek? Czy on właśnie powiedział aniołek? - Prawie doprowadziłaś wczoraj Daniela do ataku serca, wiesz. Uśmiechnęłam się nieśmiało. Skąd on o tym wiedział? - Daniel na to zasłużył Sir. - Och naprawdę? Więc, czym to się różni się od zabrania dziecku cukierka? On dostał mnie tym. - Ok, ok. Zrobię to. Teraz się uśmiechnął. - W porządku. Napiszę odpowiedź na ten list. Tymczasem majorze, zobacz, czy zdołasz zdobyć opis "Laserowej wyprawy". Musimy się przygotować. Ach tak, kaseta jest teraz twoja. - Zakończył interes. --- Nadal nie mogę uwierzyć, że rzeczywiście zgodziłam się to zrobić, ale muszę przyznać, że dobrze się bawiłam. Byliśmy na zewnątrz "Laserowej wyprawy" czekając aż wyniki pojawią się na komputerze. Pułkownik i bliźniacy prowadzili ożywioną rozmowę. -My wygraliśmy pułkowniku, równie dobrze teraz może pan dać nam ten kij hokejowy. - powiedział jeden z bliźniaków, myślę, że to był Roland, albo może Ronald. Nie wiem, który jest który. Oni są identyczni, mają brązowe włosy , niebieskie oczy i noszą identyczne ubrania. -Co, dlaczego jesteś taki pewny że to wy wygraliście? Gra była dla mnie jak spacerek po parku, być może to wy musicie teraz dać mi te rzadkie karty hokejowe. Z jakiegoś powodu przed grą a nawet po jej rozpoczęciu oni nadal podnosili stawkę gry. -O znowu się zaczyna. Popatrzałam na bok i zobaczyłam wzdychającego rudego chłopca z brązowymi oczami. - Co proszę ? Chłopiec popatrzał na mnie i powiedział, - Oni zawsze w ten sposób. - Zawsze? - Zawsze. Uśmiechnęłam się i pochyliłam się trochę do chłopca. - Pułkownik czasami może być dziecinny, - szepnęłam do niego nie chcąc by pułkownik to usłyszał. - Bliźniacy naprawdę bardzo lubią pułkownik, no wiesz. Ale bardzo się kłócą, nie rozumiem tego, - odpowiedział mi szeptem. Pułkownik i bliźniacy nadal sprzeczali się. Inne dzieci rozmawiały ze sobą. -Pułkownik myśli o nich jako o przyjaciołach. Właśnie dlatego oni tak bardzo się kłócą. - Czy on zawsze kłóci się ze wszystkimi swoimi przyjaciółmi? - Nieoczekiwanie ujrzałam w wyobraźni Daniela. - Nie, nie zawsze. Ale całkiem często. - uśmiechnęłam się lekko. -A co z tobą? Czy on bardzo się z tobą posprzecza? - Nie, nie wolno mi za bardzo się z nim sprzeczać, no wiesz. Jestem żołnierzem, jak i on. On jest moim przełożonym, muszę wykonać wszystko co on mi rozkaże zrobić. - Och, założyłem się, że to nie jest zbyt miłe. - Co masz na myśli? - A co jeśli on rozkaże ci, byś zrobić coś, czego nie chcesz zrobić? - Po prostu to robię. - wzruszyłam ramionami. - Dlaczego? Czasami też się nad tym zastanawiam. Ale zawsze wiem jak mam odpowiedzieć. - Ponieważ ufam mu, on jest dobrym człowiekiem. Chociaż czasami jest jak dziecko. - uśmiechnąłem się do niego. On również się uśmiechnął. - Nazywam się Bryan. Bliźniacy są moimi kuzynami. - wyciągnąć do mnie rękę. -Miło cię poznać Bryan. Jestem Sam. Pułkownik O'Neill jest moim przyjacielem. - wyciągnęłam ku niemu rękę i przywitałam się. Wyniki ukazały się i oczywiście wygraliśmy. Pułkownik wydał triumfalne "Tak" a bliźniacy wyglądali na trochę przygnębionych. Nie mogłam pomóc ale uczułam się winna jak również współczułam im. Zaczęliśmy wychodzić. - Hej, nie przejmuj się tak tym. Twoi koledzy radzili sobie dobrze, tylko muszą trochę więcej ćwiczyć. W końcu stanęliście przeciwko profesjonalistom. - próbowałam ich trochę rozweselić. - Carter, dlaczego bratasz się z wrogiem? - pułkownik obdarzył mnie kpiącym spojrzeniem. A ja po prostu zignorowałem go. - Jeśli chcesz mogłabym nauczyć twoich kolegów jak prawidłowo strzelać laserem. Więc następnym razem na pewno moglibyście go pokonać. - szepnęłam do bliźniaków i puściłam do nich oko. Ich twarze rozjaśniły się. - Obiecujesz? - spytał jeden z ich. - Obiecuje. - Do zobaczenia major Carter. Następnie poszli w swoją stronę i zostawili mnie samą z pułkownikiem. Szliśmy do windy. - Carter, co im właśnie powiedziałaś ? - Nic czym powinien się pan martwić Sir. - Jesteś pewna? Uśmiechnęłam się do niego. - Pułkowniku, mogę o coś spytać? - Pewnie. - O co chodzi z tym listem z wyzwaniem? - O, to nic. To jest jak umawianie spotkania. - Umawia się pan, by walczyć z dziećmi, Sir? - Nie walczymy, współzawodniczymy. Obróciłam oczami. - Słusznie. Dotarliśmy do windy i weszliśmy do środka. Nacisnęłam guzik. - A więc co się dzieje z kasetą? – spytał. - Kaseta jest już zamierzchłą przeszłością. - A zatem, zakładam, że w końcu ją spaliłaś. - Owszem, kiedy w końcu to zrobiłam dało mi to dużą satysfakcję. - Więc, wysadzanie rzeczy w powietrze nie jest jedyną rzeczą która daje ci satysfakcję? Zaśmiałam się. - Nie, nie jedyną. Winda dotarła do naszego poziomu i zaczęliśmy iść do naszych samochodów. - Wiesz, gdy widzę cię ciebie z bliźniakami to wygląda to tak jakbym widziała ciebie z Danielem. - Jak to możliwe? - Bardzo się spieracie. Przez mało znaczące rzeczy. - Naprawdę? - włożył ręce do kieszeni. - Taa, faktycznie wygląda jakby pan to lubił. - Psiakrew tak, to byłoby strasznie nudne gdy by ludzie po prostu robili wszystko cokolwiek ja powiem. - Czy myśli pan, że ja jestem nudną? - Ty? Nudna? - zachichotał. - Wpierw Piekło by musiało zamarznąć zanimby to się zdarzyło. - Ale zawsze robię co pana powie, jestem pana zastępcą. - Tak, robisz. Ale ty jesteś ... niezwykła. Zatrzymałam się. - Niezwykła? W jakim sensie? On również się zatrzymał gdy zauważył, że już nie idę obok niego. Byliśmy kilka kroków od siebie. Obrócił się i popatrzał na mnie. - Nie wiem, po prostu niezwykła. To jest coś, czego nie można nie wskazać palcem, - powiedział czule. Nagle powietrze stało się ciężkie. Wszystko, co chciałam zrobić to podejść do niego i dotknąć go. Byliśmy na parkingu, nikogo więcej tu nie było. Więc, podeszłam do niego i przytuliłam się do niego. - Dziękuję . To było wszystko co powiedziałam i musnęłam ustami jego policzek i pozostałam tak przez chwilę. On otoczył mnie rękami i przyciągnął mnie bliżej. - Za co ? Czułam jego oddech blisko się mojego ucha, moja krew zawrzała. Pozwoliłem mojej głowie spocząć na jego ramieniu, zamkniętym oczy i czułam upragnione ciepło jego ciała. Za bycie moim przyjacielem, za wiarę we mnie, za pozwalania mi być sobą, za rozśmieszanie mnie, za zapraszanie na ryby, za nie zostawienie mnie na nowym statku Apophisa, za to że byłeś tam kiedy potrzebowałam cię najbardziej, za mówienie, że troszczysz się o mnie. Mogłabym wymyślić miliony "za". - Za wszystko. --- Miałam zamiar się położyć do łóżka. Teraz czułam się naprawdę lekko, jak gdyby wielki ciężar opadł ze mnie. Nawet nie wiedziałam, że to był tak ogromny ciężar. Spojrzałam na stół obok mojego łóżka, tam było pudełko. To pudełko czekoladek które pułkownik dał mi gdy zemdlałam. Jego widok spowodował że uśmiechnęłam się. Teraz jest puste, ale nie mogłabym zmusić się by je wyrzucić. Położyłam je w szufladzie i wiem, że gdy kiedykolwiek będę miała chandrę albo będę smutna, wszystko co muszę zrobić to spojrzeć na pudełko i wszystko będzie w porządku. Tak, wszystko będzie w porządku. * Koniec *
Login:
Hasło: