Nowa gra w świecie Stargate! [wideo]

Wytwórnia MGM oraz Arkalis Interactive ogłosili premierę najnowszej interaktywnej gry przeznaczonej na urządzenia mobilne. IGN donosi, że pierwszy epizod gry swoją premierę będzie mieć w marcu 2013 roku. Trailer przedstawia śliczne animacje z bardzo realnymi podobiznami całej drużyny SG-1. Nie jest to co prawda gameplay, co nie zmienia faktu, że filmy... Więcej...

chevron
Fanfic » ArTi » Ciężki dzień
Tytuł oryginału: „One Slump Day” Autor: Blue Topaz, blue-topaz@lycos.com Tłumaczenie: ArTi Gatunek: Humor/Romance Prawa autorskie: Stargate SG-1 nie należy do mnie, lecz do MGM, Gekko Corp., Sci-Fi Channel, Showtime. Postacie, sytuacje i zdarzenia są własnością autorów. Opis: Sam/Jack. Jeden z tych dni. Źródło: Link *** Major Samantha Carter popatrzyła ostatni raz na ekran swojego komputera. Cyfry przed nią zmieniły się w zwyczajne liczby, nie jakieś naukowe obliczenia, które astrofizyk uznałby za fascynujące. Zamrugała swoimi wielkimi niebieskimi oczami. A następnie oparła się o swoje krzesło i westchnęła. Nie było sensu w kontynuowaniu tego co robiła już prawie od czterech godzin. Nie mogła nawet przypomnieć sobie czegoś te obliczenia dotyczyły. To było to, dzisiaj był ten dzień. Dzień którego obawiała się najbardziej, dzień kiedy naukowa część jej mózgu była niedostępna, tj. nieosiągalna. Pisarze dostają blokadę pisarską, artyści mogą stracić swoją muzę, ale Samantha Carter? Ona ma "ciężki" dzień. Nigdy nie wierzyła w przesądy, ale nie było żadnego innego wytłumaczenia, które nie zaprzeczałoby faktom. Kiedy to się zdarzyło, ona miała zły dzień, tak zły, że zwykle spędziła go w swoim łóżku. To przydarzyło się jej tylko kilka razów a naprawdę przerażające było to, że pojawiało się znikąd. Nie było żadnego szczególnego wydarzenia albo rzeczy która wywoływałaby ten stan ani też nie było jakiegoś symptomu, który mogłyby powiedzieć jej, że to nadchodzi. Zaakceptowała to już dawno temu ... , że nie było niczego co mogłaby zrobić. Pomijając nie wykonywania żadnego rodzaj eksperymentu, który mógłby spowodować wybuch szkolnego laboratorium, jeśli ona nie była ostrożna i bez pojęcia co zrobiła (dzięki Bogu była ulubienicą nauczyciela - dlatego wina została zrzucona na wadliwe wyposażeniu laboratorium). Albo szarpanie się z jakimś precyzyjnym programowaniem, które mogłoby uszkodzić system komputerowy całego Pentagonu (dzięki Bogu nikt się nie dowiedział). Albo gotowanie jakiegoś jedzenia przy użyciu kuchenki mikrofalowej albo piekarnika albo czegokolwiek innego co mogłaby wykorzystać do wywołania wielkiego pożaru ( dziękować Bogu za tych mężczyzn w uniformach strażaków - to był jedyny raz, gdzie nie przeklinała swojego pecha). Taa, Samantha Carter nauczył się już dawno temu, kiedy ona miała jeden z tych dni to była chodzącą katastrofą. Właśnie dlatego zamierzała możliwie szybko pójść do domu. Ale po pierwsze musiała wezwać taksówkę. Nie mogłaby zaufać sobie, by w tej chwili prowadzić. Jej samochód mógłby skończyć na złomowisku. Nie, ona nie mogła tego zrobić. Jej ukochane Volvo zasługiwało na coś lepszego niż to. Ostrożnie zlustrowała swoje laboratorium, szukając jakiegoś aktywnego aparatu, który mógłby doprowadzić do katastrofy, jeśli ona by go nie wyłączyła. Ale wszystko, co widziała było tylko barwnymi mrugającymi światełkami wydawanymi przez jej wymyślne wyposażenie laboratorium. Machnęła tylko rękami i poddała się. Chociaż jej naukowa część była nieobecna, inne części jej mózgu nadal działały normalnie. Więc, podniosła telefon ze ściany laboratorium i zadzwoniła. - Simmons? Tu mówi major Carter. Czy mógłbyś sprawdzić moje laboratorium za pół godzinie i wyłączać doświadczenia które prowadzę? Automaty muszą pracować jeszcze przez mała chwilę, ale mnie nie będzie tutaj kiedy skończą. Dziękuję . Odłożyła telefon zanim por.Simmons mógł odpowiedzieć. Ona nie chciała wdawać się w dalsze szczegółu, dlaczego nie może być w laboratorium kiedy eksperymenty się skończą. Wiedziała, że Simmons był obeznany ze wszystkimi doświadczeniami i aparatami w jej laboratorium i kiedy przyjdzie wyłączy wszystko to co będzie wymagało wyłączenia. Wiedział co robić. Problem laboratorium został załatwiony. Teraz, taksówka. Ponownie podniosła telefon. *** Przemierzała ten korytarz SCG wiele razy, ale nigdy w tym czasie nie znalazła się na podłodze tak jak teraz. Rozciągnięta na plecach, twarzą do sufitu. - Ma'am, nie widziałem pani. Jest ... Jest ... mi bardzo przykro, - jąkający się żołnierz wyglądał bardzo blado wiec nie miała serca, by krzyczeć na niego. Głowa ją bolała; to mogło mieć coś wspólnego z drzwiami, które ją właśnie uderzyły, mocno. Ona zdążała do windy kiedy nagle drzwi otworzyły się i znalazła się tutaj. Została odrzucona trochę do tyłu, straciła równowagę i wylądowała płasko na plecach. Mogła tylko być wdzięczna, że nikt właściwie tego nie widział; korytarz był pusty Czy kiedyś wspomniała, że Upadająca Sam była jedną z przejawów jej cholernej skłonności do wypadków? Ona przyciągnęła kłopoty, klęski, katastrofy i wszystkie podobne rzeczy, jak cukier przyciąga mrówki. Upadająca Sam była najmniej lubianą towarzyszką Szczęściary. Mogła zebrać więcej kontuzji tego jednego dnia niżby mogła kiedykolwiek w ciągu roku, w przypisie to by nie był rok w SGC. - Ma'am, wszystko w porządku? Och ... Nie zamierzałem tego ... To było nieumyślne ... przysięgam, - żołnierz był zdenerwowany i przestraszony, on nadal tam stał, trzymając drzwi i nie ruszając na milimetr. Zbyt wstrząśnięty by coś zrobić. Zlitowała się nad nim, w każdym razie to naprawdę nie była jego wina, to jej pech miał z tym coś wspólnego, - Wszystko w porządku żołnierzu, tylko upewnij się, że będziesz ostrożniejszy kiedy następnym razem otworzysz jakieś drzwi, - powiedziała mu w profesjonalnym stylu podczas gdy próbowała stanąć z powrotem na nogi. Jego twarz rozjaśniła się z ulgą, - Dziękuję Ma'am. - Proszę bardzo, tylko dopilnuj tego, żeby nikt się o tym nie dowiedział, - powiedziała rozkazującym tonem. Nie chciała, by którykolwiek z członków SG 1 dowiedział się, zwłaszcza pułkownik O'Neill. Nigdy nie mogłaby o tym zapomnieć, jeśli on by wiedział. - Tak, Ma'am, - żołnierz wiedział że nie powinien ryzykować, więc szybko zszedł jej z oczu. I ona była mu za to wdzięczna. Kontynuowała swój marsz i właśnie zatrzymała się przed windą. Przyglądnęła się drzwiom z uwagą, czy pozostało jej jeszcze wystarczająco wiele szczęścia, by przeżyć podróż na górę? Albo może ... och na miłość boską, to była tylko winda. Co mogłoby pójść nie tak? Ona była u Goa'uldów i przeżyła, z całą pewnością jej pech to było nic w porównaniu do tego. Wyjęła swoją kartę i wsunęła zanim niezdecydowanie zaczęło ją znów atakować. Drzwi windy rozsunęły się i ujrzała witającą ją pustą kabinę, zachęcającą, ponętną i szepczącą jej imię bardzo łagodnie by weszła. Jeśli nie była paranoiczką, wtedy musiała być szalona. Potrząsnęła głową by rozwiać swoje wątpliwości. Przestań! To jest tylko winda. Miła, czysta, zwykła, standardowa i bezpieczna winda. Postawiła jedną stopę w windzie. - Major Carter do sterowni, major Carter do sterowni, - system komunikacyjny z trzaskiem ożył w środku cichej nocy. Jedna stopa w windzie, druga nadal na korytarzu. Co to za kanał? Bardzo ją kusiło, by zignorować wezwanie, ale jej poczucie obowiązku było bezwzględnie przeważające, tłumiąc wszystkie wątpliwości i myśli o jej pechowym dniu. Szybko, weszła do windy i wcisnęła guzik poziomu 28. W tej chwili, drzwi zamknęły się, winda ruszyła i zatrzymała się u celu. To wszystko zdarzyło się bez żadnego incydentu, dopóki nie uświadomiła sobie ..., że drzwi windy się nie otwierały. Wspominała coś o pech, prawda? *** Godzinę później drzwi w końcu się rozsunęły, odsłaniając po drugiej stronie trochę zdezorientowanego pułkownika Jack'a O'Neilla. Chwileczkę! - czy to pułkownik O'Neill otworzył drzwi windy? Och, obok niego był Siler, ze skrzynką na narzędzia w ręce. Tak myślałam. Upadająca Sam miała również tendencję, by pozwalać swoim myślom zapędzać się ... zbyt daleko. - Więc, co to za wielki nagły wypadek, Sir? - wyszła z metalowego pudełka i nieznacznie biegnąc podążyła do pomieszczenia wrót z pułkownikiem wlekącym się za nią. Prawie tam dotarła kiedy pułkownik krzyknął, - Carter, zwolnij. Ktoś już naprawił wszystkie problemy które mieliśmy. Odwróciła się i stanęła twarzą do niego, - Zrobili to? - Więc wszystkie jej cierpienia w windzie poszły na darmo? Cholera, powinna widzieć że tak się stanie. - Tak, ale potrzebują byś zanalizowała coś w komputerze. Baga albo coś takiego, - wzruszył ramionami podczas gdy ręce trzymał w kieszeniach. Jej brwi zeszły się, - Naprawdę? Ciekawe co jest nie tak, - odwróciła się i kontynuowała marsz. Coś zaczepiło o jej stopę (to coś przypadkowo było jej drugą stopą) i straciła równowagę, upadając naprzód. Wiedziała, że jej twarz zaraz pocałuje podłogę, więc przygotowała się na uderzenie. Ale silna dłoń chwyciła jej ramię, w ten sposób przychodząc jej na ratunek. To był pułkownik. - Prrr, bądź ostrożna Carter, - pomógł jej odzyskać równowagę i pozostawił swoją dłoń na jej ramieniu chwilę dłużej niż to konieczne. Kolejne zdarzenie, Upadająca Sam była zupełnym niezgrabiaszem. Major uśmiechnęła się nieśmiało, - Dzięki Sir. - spróbowała uniknąć jego spojrzenia, ponieważ wiedziała, że się w tej chwili zarumieniła i za żadne skarby nie chciała pozwoliła mu to zobaczyć. Kontynuowała marsz ale nagle zatrzymała się. Gapiła się na schodki prowadzące do pokoju kontrolnego, ten mały incydent z pułkownikiem przypomniał jej o jej aktualnej sytuacji. Nieświadomie, stanęła po ich węższej stronie . Schody były niebezpieczne; wielu ludzi po prostu umarło po upadku ze schodów. - Carter, - dłoń spoczęła na jej ramieniu, - Wszystko z tobą w porządku? - pułkownik wydawał się być zaniepokojony jej wahaniem. Odkaszlnęła, - Wszystko dobrze Sir, tylko myślę, - nie wydawał się jej wierzyć, ale to był jego problem. Nie jej. W porządku, ona może to zrobić. Tylko jeden krok jednocześnie. Tylko zrób to powoli i ostrożnie. O to chodzi. Najpierw prawa stopa a potem lewa, i prawa, lewa, prawa, lewa, pra ... - Carter, dlaczego wchodzisz po schodach jakby to była niebezpieczna ślizgawka? - podejrzenie było wyraźnie widoczne w jego głosie. Straciła koncentrację i prawie popełniła błąd, na szczęście mocno trzymała się poręczy. Postanowiła go zignorować gdy nadal znajdowała się w sytuacji którą uważała za niebezpieczne położenie. W porządku, na czym skończyła? Ach tak, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa. Nareszcie sterownia. Westchnęła z ulgą; rękę miała na piersi. - Majorze, mamy problem z synchronizacją wrót, - sierż. Davies nie tracił czasu informując ją o ich aktualnej sytuacji. Zbliżyła się do niego i głównego komputera, - Naprawdę, co jest z nimi nie tak? - patrzyła ponad jego ramieniem na komputer. - Dobrze, komputer otrzymał dodatkowy impuls elektromagnetyczny po tym jak SG-5 wróciło z P6G 637, nawiasem mówiąc przybyli bezpiecznie. Najpierw myślałem, że to nic ważnego, ale kiedy SG 15 godzinę temu miało planowo wyruszyć, brama nie przyjmowała jakichkolwiek poleceń z komputera, - Davies wyjaśnił okoliczności. - A co z przesłoną? - spytała go, wiedząc że posiadanie działającej przesłony było ważniejsze niż posiadanie działających wrót. - Przesłona jest zdolna do działania. - Rozumiem, przeprowadziłeś pełną diagnostykę komputera? - spytała go ponownie, standardowa procedura gdy coś było nie tak z komputerem. - Tak, Ma'am. Ale wyniki nie mają sensu, - napisał jakąś komendę i pojawiło się okienko. - Tutaj, proszę spojrzeć na to, - powiedział. - Zobaczmy, - pochyliła się by lepiej widzieć ekran komputera. I wtedy to wspomnienie uderzyło ją. Naukowa część jej umysłu była w tej chwili niedostępna. Wiedziała, że Davies patrzył na nią czekając na jej odpowiedź. I tu był Pułkownik O'Neill, ona właściwie czuła jego wzrok na swoich plecach od tego wydarzenia na schodkach. Wiedziała, że musi coś zrobić. Szybko. Była tylko wdzięczna, że nie było tutaj generała. Myślała, nie o problemie z wrotami, ponieważ wiedziała, że w tej sprawie nie mogła nic zrobić. A poza tym przesłona była w porządku. Świat mógł żyć z wrotami niezdolnymi do działania przez jedną nocy. Wiedziała, że jej obecny stan przeminie gdy się w nocy dobrze wyśpi. Więc ... myślała o sposobie wyplątania się z tego bałaganu. I mogła znaleźć tylko jeden. Cóż wiadomo że major Carter jest dobrą aktorką, ale Upadająca Sam jest po prostu genialna. Ona jest aktorką klasy Meryl Streep. Wyprostowała plecy i popatrzyła na podłogę. Co było dzisiaj nie w porządku z nią i podłogą? W ostatniej godzinie wydawali się być najlepszymi przyjaciółmi. Podłoga wydawała się twardą, zimną i przenoszącą ból gdy ona w nią uderzała. Ale nie było innego sposobu, więc zaczęła swoją "grę". Podniosła rękę do skroni i powoli ją pomasowała, udając jednocześnie grymas twarzy. - Carter, w porządku? - w końcu pułkownik odezwał się po raz pierwszy odkąd wszedł do sterowni. Odwróciła się twarzą do niego i obdarzyła go niewielkim "nie bardzo uspokajający" uśmiechem ai jej oczy zamknęły się z trzepotem rzęs, - Tak wpo ... - zmusiła swoje członki do załamania się i przygotowała się na uderzenia. Tak, jedynym wyjściem z tego było sfingowanie omdlenia. Jak wtedy gdy miała równocześnie końcowy egzamin i ten stan. Nauczyciel nie miał podejrzeń i nawet pozwolił jej by zaliczyła rok bez zdanego egzaminu, uwzględniając jej poprzednie oceny które były bardziej niż satysfakcjonujące. Czekała aż jej ciało zetknie się z podłogą. Zamiast tego poczuła dwie silne ręce amortyzujące jej upadek przed zetknięciem się z podłożem. Jej głowa została podtrzymana i delikatnie ułożona. - Major Carter! - Davies był wstrząśnięty; mogła usłyszeć to w jego głosie. Czuła dłoń sprawdzającą pulsu na jej szyi a potem otwierającą jedno jej oczu a następnie drugie, - W porządku, Davies. Tylko zemdlały, - sprawdzający którym był również pułkownik próbował uspokoić Daviesa, - Zadzwoń do ambulatorium i powiedz im, że ją tam przyniosę. Zaniesie mnie? Była zaskoczona, ale nie mogła tego pokazać i nie zrobiła tego. - Zaniesie ją pan, Sir? - Davies powtórzył jej myśli. Poczuła jedną z jego rąk pod szyją a drugą pod kolanami a potem on ją podniósł. - Tak, nie ma potrzeby, by schodzili tutaj a później wracali na górę z powrotem. Po prostu zaniosę ją na górę osobiście. To oszczędzi nasz czas i siły, - przedstawił Daviesowi swoje motywy. I to właściwie było rozsądne, poza tym było za późno. Davies wydawał się także z nim zgadzać, - Rozumiem, Sir. Dam znać do ambulatorium, że jest pan w drodze. Czuła jak wychodzi z pomieszczenia wrót, - Dzięki, Sierżancie. Będę w ambulatorium, jak by co, - i w dół schodami, przez korytarza a następnie zatrzymuje się przed windą. Poprosił żołnierza który właśnie przechodził by ściągnął windę. Mogła tylko wyobrazić sobie co jutro opowie poczta pantoflowa. Gdy przyjechała winda wszedł i nakazał żołnierzowi wcisnąć guzik ambulatorium na poziomie 21. On zrobił to o co poprosił go pułkownik i pospiesznie odszedł. Drzwi zamknęły się. Podróż na poziom 21 upłynęła w ciszy. Ale mimo wszystko było warto, ona lubi być noszony tak jak w tej chwili. Zwłaszcza dlatego, że tym który ją niósł był ten mężczyzna. I wtedy winda zatrzymała się, dotarli na swój poziom. Drzwi otworzyły się, - Cześć, Dok, - słyszała jego rozmowę z Janet, dobra stara doktor Fraiser była przed windą gotowa do działania. - Witam, pułkowniku. Czy mógłby pan położyć ją tutaj, - została ułożona na łóżku szpitalnym i wprowadzona do ambulatorium. Nareszcie, łóżko. Wykorzysta tą okazję do snu. Naprawi wszystko to co będzie wymagać naprawy jutro. Ambulatorium jest bezpieczne ... nieprawdaż ? *** Przebudziła się z powodu uczucia, że ktoś się jej przygląda. Otworzyła oczy, i zostać powitana przez wzrok swojego dowódcy gapiącego się na nią. Siedział na taborecie obok jej łóżka; Zauważyła, że Janet ustawiła wokół łóżka parawan, by pozwolić jej odpocząć i to skutecznie oddzielało ich od reszty ambulatorium. - Cześć. - Pułkowniku, - szepnęła powoli. Zaczynała mieć lekkie wyrzuty sumienia. Spowodowała, że był zaniepokojony, bez potrzeby. Sięgnął dłonią do jej łóżka właściwie nie dotykając jej a jego zmartwiony wyraz twarzy został zastąpiony przez surowy, - A więc, co mówiłem o nie przemęczaniu się? Skrzywiła się na jego łajanie, wiedziała, że zasłużyła sobie na to całkowicie. - Przepraszam, nie zamierzałam zemdleć, - odpowiedziała cicho, uznając, że nie kłamie ale to on mógł zrozumie jej wypowiedź inaczej. Złagodniał na jej przeprosiny i pobieżnie otarł jego twarz, - Nie przepraszaj, powinienem wiedzieć. Zachowywałaś się dziwnie odkąd zobaczyłem cię w windzie. - westchnął, - Wybierałaś się do domu, nieprawdaż? Nie powinienem wzywać cię na dół do sterowni. Jej wina została podwojona. Przyglądała się mu ostrożnie, wyglądał na zmęczonego. Nie było wątpliwości, on był przy jej łóżku przez cały ten czas czekając aż odzyska świadomość. Miał ciemne okręgi pod oczami a jego twarz była blada. - Wszystko w porządku? Jesteś strasznie milcząca, - ponownie zapytał ją z zainteresowaniem, - Powinienem zawołać doktora? I to uczyniło jej winę co najmniej dziesięciokrotnie większą niż na początku. Musiała coś zrobić by to opanowywać, zanim się załamie i wyzna mu wszystkie swoje "grzechy". Nie chciała, by wiedział o jej okropnym dniu. To była jej najgłębiej skrywana tajemnica, jej jedyna skaza o której nie chciała by się ktokolwiek dowiedział. Nawet on. Cóż, w każdym razie jeszcze nie teraz. Pułkownik zmarszczył brwi na jej milczenie, - Coś jest z tobą nie tak. Zawołam doktora, - wstał by poszukać Janet gdy jej ręka chwyciła jego przegub. Podniosła się i ześlizgnęła z łóżka, stając naprzeciw niego. Popatrzył na nią z zakłopotaniu, - Carte... - jego wypowiedz została przerwana przez obecność jej drugiej dłoni na jego policzku. Nadal siedział na taborecie gdy ona pochyliła się i z trzepotaniem zamknęła oczy wcześniej przez krótką chwilę muskając delikatnie swoimi wargami jego usta. Jedną z cech ( dobrą ) Upadającej Sam jest, że ona jest "wyluowana", ona faktycznie nie trzyma się ściśle regulaminu Sił Powietrznych i idzie za głosem serca. Inaczej mówiąc , ona robi wszystko co chce zrobić ... bez obecności świadków. - Przepraszam ... i dziękuję za troszczenie się o mnie, - powiedziała jak tylko skończył się pocałunek. Czuła się już lepiej. Obdarzyła go swoim najbardziej promiennym uśmiechem, odwróciła się i wróciła do łóżka. Poprawiła koc i była gotowa, by znów spać. Był zbyt oszołomiony, by ruszyć mięśniem; jego szczęka zwisała luźno. - Dobranoc, - próbowała się pożegnać z jego nadal oszołomioną osobą i zamknęła oczy. Cień uśmiechu zdobił jej spokojną senną twarz. Ten dzień okazał się jednak nie być taki zły. I dla pamięci, "obecność strażaka w domu" formalnie zostało zdegradowane na drugą pozycję z jej wszystkich najlepszych momentów w ciężkich dniach . * Koniec * Copyright by Blue Topaz, 2003
Login:
Hasło: