Nowa gra w świecie Stargate! [wideo]

Wytwórnia MGM oraz Arkalis Interactive ogłosili premierę najnowszej interaktywnej gry przeznaczonej na urządzenia mobilne. IGN donosi, że pierwszy epizod gry swoją premierę będzie mieć w marcu 2013 roku. Trailer przedstawia śliczne animacje z bardzo realnymi podobiznami całej drużyny SG-1. Nie jest to co prawda gameplay, co nie zmienia faktu, że filmy... Więcej...

chevron
Fanfic » ArTi » O'Neill i O'Neil
Autor: Blue Topaz, blue-topaz@lycos.com Tłumaczenie: ArTi Gatunek: Humor(naprawdę zabawne) Ostrzeżenia: PB18;) Prawa autorskie: Stargate SG-1 nie należy do mnie, lecz do MGM, Gekko Corp., Sci-Fi Channel, Showtime. Postacie, sytuacje i zdarzenia są własnością autorów. Opis: Oparte na wątku Jack'a w sezonie 2 w odcinku "Secrets". Jest inny Pułkownik O'Neil w Siłach Powietrznych, z jednym "L" i on zupełnie nie ma poczucia humoru. Spotkaj się z nim. I dowiedź się jak zła jest naprawdę Sam. Umiejscowienie w Sezonie 5 po "Fail Safe", ale tylko niewielkie powiązanie z tym epizodem Źródło: Link
Pułkownik O'Neill i major Carter byli w Waszyngtonie DC. Ponownie brali udział w ceremonii uhonorowania kolejnym medalem jako akt "podziękowania" od rządu Stanów Zjednoczonych, tym razem za przeprowadzenie asteroidy przez Ziemię. Trzeba sobie uświadomić, że jeśli oni nie zrobiliby tego, to uderzyłaby ona w naszą ukochaną niebieską planetę i zginęłoby całe życie na jej powierzchni. Więc, Ziemia stała się kolejny raz bezpiecznym miejscem do życia, i to dlatego Carter Major uniosła brew kiedy przypadkowo wpadli na tego mężczyznę. Pułkownik zachowywał się jakby to było niebezpieczeństwo, które było godne jego zainteresowania, i już samo to stanowiło wymowne świadectwo. - Pułkowniku. - w głosie pułkownika O'Neilla była wrogość. - Pułkowniku. - mężczyzna odpowiedział w podobny sposób. Major wiedziała natychmiast, że oni mieli jakąś „kwestię sporną”. Powinna zostawić to w spokoju, ale jej ciekawość została wzbudzona i uważała to za naprawdę bardziej interesujące niż najnowszy obcy przedmiot, który leżał na biurku w jej laboratorium. Tylko Kinsey i Apophis byli godni tego specjalnego "zainteresowania" jej dowódcy. - Sir? - nachyliła głowę do twarzy dowódcy domagając się wytłumaczenia. Powoli odwrócił głowę i obdarzył ją mordercze spojrzenie, nie chciał aby to spotkania trwało nawet chwilę dłużej, ale pytanie jego zastępcy znaczyło, że musiał znieść to jeszcze przez chwilę. Ona stała przed nim z najbardziej obojętnym wyrazem twarzy, jaki ona mogła przybrać, - Pułkowniku? - powtórzyła żądanie. - Majorze, to jest pułkownik Jack O'Neil, przez jedno L, - uniósł palec wskazujący by położyć nacisk na swoją wypowiedz, - Pułkowniku, to jest major Carter, mój "obecny" zastępca. Sam skrzywiła się w myśli, wiedziała, że zasłużyła sobie na to, ale nie było sposobu, aby on mógł się jej w tej chwili pozbyć, nawet gdyby tego chciał. Ale później, zawsze mógłby obniżyć jej pozycję w zespole i zrobić Teal'ca swoim zastępcą ... nieeee, to było zbyt dalekie posunięcie. Więc, to jest ten słynny O'Neil bez poczucia humoru, hę? On "naprawdę" wygląda jakby był bardzo rygorystyczny, oficerem rodzaju wszystko-jak-w-książce. Innym w przyrównaniu z jej pułkownikiem, który nie potrafił się powstrzymac od robienia sarkastycznych uwag przy każdej okazji jaka się mu nadarza. - Pułkowniku. - kiwnęła głową z poważaniem. - Majorze. - również kiwnął głową. A potem atmosfera stała się niezręczna. Czuła się odpowiedzialna za tą sytuację, zadała zwykłe pytanie takie jakie zadałby każdy normalny człowiek, - Więc, pułkowniku, jak dowiedzieliście się o sobie? - skierowała to pytanie do O'Neila. Obaj pułkownicy skierowali na nią gniewne spojrzenia, ale to nie było nic z czym ona nie mogłaby sobie poradzić. Oni musieli odczuwać do siebie niechęć, ale miło było wiedzieć, że obaj mężczyźni byli właściwie na jej łasce. Musieli zachowywać się uprzejmie w stosunku do siebie w obecności osób trzecich, to było powszechnie praktykowane. Nadal utrzymywała swój obojętny wyraz twarzy, jak gdyby w ogóle nie miała pojęcia o co chodzi. Popijając swojego drinka zatrzepotała rzęsami do obydwóch mężczyzn. - To był przypadek błędnej identyfikacji. - odpowiedział jej dowódca ostrzegawczym tonem, by dać jej do zrozumienia, że on nie życzyć sobie wchodzenia dalej w szczegóły. Ale jej niebezpieczeństwo nie było obce, ponieważ stawała wobec niego codziennie dobrowolnie, - Naprawdę? Co się zdarzyło? To wymagało całej jej siły aby się nie uśmiechnąć z satysfakcją w wyrazie twarzy który im ukazała. Jack ujrzał w przelocie swojego dowódcę, - Ach, jest generał Hammond. Jeśli moglibyście mi wybaczyć, muszę o czymś z nim porozmawiać. Sądzę, że pułkownik z chęcią dostąpi honoru opowiedzenia pani zdarzenia. - Nie czekał na odpowiedz, naprawdę "bardzo" nie chciał opowiadać o tym jak się poznali. To nie było historia, którą chciałby się podzielić z kimkolwiek. Poszedł żwawo w kierunku Hammonda, nie zwalniając nawet na chwilę. Pozwolił O'Neilowi zająć się panią major, ona przyprawiała go o wystarczający ból głowy przez ostatnich 5 lat. Zasłużył na przerwę. Tchórz, szeptała w myślach Sam, podczas gdy jej twarz nadal była niewzruszona. O'Neila w wyniku zachowania Jack'a miał wyraz całkowitego niedowierzania wypisany na twarzy, jego usta pozostały otwarte przez kilka sekundy zanim w końcu ochłonąć, - Przepraszam majorze, ale to nie jest historia, którą chciałbym pamiętać. Chciała zaryzykować, ale ona właściwie nie znała pułkownika. Więc pozwoliła sprawom podążać swoją drogą ... od teraz. Jej pułkownik nie okazałby tyle litości co ona, musiała poznać historię. - Żaden problem. A następnie oboje zaczęli milczeć, ona ponownie łyknęła swojego drinka. On po prostu stał tam, w doskonałej żołnierskiej postawie, prosto, ręce po bokach, niewzruszony ubrany na niebiesko. Ten facet powinien się trochę rozluźnić, pomyślała gdy się mu dobrze przyjrzała. Miał brązowe włosy i oczy równie brązowe jak jej pułkownik, ale był parę cali niższy - jednak nadal wyższy od niej. Nieźle wyglądał, musiała to przyznać, ale był nudny jak diabli. Widocznie, pułkownik nie żartował kiedy on opisywał swój "duplikat". - Więc, gdzie pan stacjonuje? - spytała. - W Pentagonie. - Naprawdę? Przy czym? - Rozwój transportu wojskowego. Naukowiec? Nic dziwne to była dodatkowa przyczyna że pułkownik tak go potraktował. - Interesujące. - A co pani robi? - Ahh, jestem w telemetrii radarowej głębokiego kosmosu. - Och. W Colorado Springs? - Tak. I wtedy konwersacja zakończyła się na tym. Aby ukryć swoje zakłopotanie zakreślała palcem krawędź szklaneczki do ponczu którą trzymała. Pułkownik będzie martwym człowiekiem kiedy ona dostanie go w swoje ręce, on oczywiście wiedział, że ten facet nie był gadułą i on zostawił ją z nim samą. Co się stało z "nikogo nie pozostawiamy w tyle"? O'Neil spróbował przerwać ciszę, - Czy coś zaplanowała pani na dzisiejszy wieczorem? Była zaskoczona jego pytaniem. Ona nie miała żadnych planów, ale została ostrzeżona do czego jej odpowiedź może doprowadzić. Więc, dla wygody wybrała kłamstwo. - Właściwie, mam plany. Jeśli był zawiedziony, to ukrywał to bardzo dobrze. - Och ... W porządku. Zaczął załazić jej za skórę. Pułkownik O'Neill nie będzie po prostu martwy kiedy ona z nim skończy, będzie krew, będą wnętrzności latające dookoła, będzie ból, dużo bólu. Oczywiście to były tylko wyolbrzymione obrazy w myślach. - Planuje pani odwiedzić DC wkrótce ponownie? Och tak, Pułkownik O'Neill będzie potrzebował reanimacji, gdy ona już z nim skończy. Uśmiechnęła się przepraszająco, chociaż oczywiście nie czuła aby było jej przykro, - Nie wydaje mi się. Teraz, jeśli mógłby mi pan wybaczyć, muszę znaleźć pułkownika. Nie chcąc czekać na odpowiedź, odwróciła się i uciekła. *** Jack kręcił się dookoła stołu z zakąski kiedy ktoś go zawołał. - Pułkowniku. - ton głosu był cichy i niebezpieczny a Jack znał właściciela. Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. - Tak? - odwrócił się i został powitany przez mordercze spojrzenie, który uczyniło jego uśmiech jeszcze większym. - Dlaczego pan mi to zrobił? - syknęła. W pobliżu nie były nikogo innego, dlatego mogła bezpieczne używać takiego tonu. - Zostawić mnie samą z "nim", - jej palec był skierowany na O'Neila w sposób nie przystojący damie. To było zdumiewające jak ona stawała się bardzo nieskrępowana przy nim, by przede wszystkim nawet pomyśleć o takiej sprawie, ale właściwie ucieszyła się z tego. Oni traktowali się wzajemnie raczej bardziej jak przyjaciele niż koledzy. -Myślałem, że pani chce usłyszeć opowieść? - ugryzł sobie herbatnik. - I szczerze pan wierzył, że on mi ją opowie ? - prychnęła. Zanim odpowiedział zgarnął okruszki ze swoich ust, - Oczywiście że nie. Ale pomyślałem, że zawsze mogłaby pani użyć swojego uroku, by przekonać go do zrobienia tego. - Co? - spytała z niedowierzaniem. - Mam całkowitą ufność w pani zdolności. - schrupał resztę herbatnika. Obróciła oczami, - Och ... z pewnością, on mnie "właśnie" zaprosił. Jack tylko uniósł brew, - Zrobił to ? Więc, pani powiedziała "tak"? - jego krew wrzała ze złości, jego męskie ego przywódcy zostało ugodzone, ale lata praktyki wyposażyły go z doskonałą umiejętność maskowania. Popatrzyła na niego w sposób który można tylko nazwać irytacją, - Oczywiście powiedziałam tak. Będę cieszył się ze spędzenia nocy z facetem który, jeśli mogę to powiedzieć korzystając z pana własnych słów, nie ma w ogóle poczucia humoru? Taa naprawdę, w twoim snach, pilociku. Nie potrafił powstrzymać się od uśmiechu, - Ale Carter, wyobraź to sobie, Sam Carter i Jack O'Neil na randce. Generał dostałby ataku serca, jeśli on by kiedykolwiek o tym usłyszał. Spojrzała na niego ze zrezygnowaniem, - Wie pan, Sir. Sposób w jaki pan to powiedział, spowodował że prawie pomyślałam, iż chce pan bym z nim wyszła. - Nie, nie, nie. Źle mnie zrozumiałaś Carter. Po prostu ten pomysł całkowicie mnie rozbawił. - To pewnie to zrobię. No dalej, nich się pan ze mnie naśmiewa tak jak pan lubi. Właśnie tam idę i powiem mu "tak". - wymamrotała, położyła szklankę na stole, odwróciła się i zostawiła swojego dowódcę. Czasami po prostu musiała podjąć dostępne jej radykalniejsze kroki, by spowodować jego reakcję. I on zareagował. Złapał ją za ramię, skutecznie powstrzymując od odejścia. Odwróciła się i stanęła twarzą do niego, - Pułkowniku? Czy jest coś co chciałby pan mi powiedzieć? Jego twarz nie wyrażała niczego, musiał coś powiedzieć - najlepiej sarkastycznie, ale coś musi teraz zrobić - więc otworzył usta, - Ach ... czy chcesz usłyszeć opowieść? - i to by było tyle co do sarkazmu. Na jej twarzy pojawił się wyraz zadowolenia, - Skoro pan proponuje, z miłą chęcią. I wtedy uświadomił sobie, jego brwi zeszły się bliżej, - Zrobiłaś to celowo, nieprawdaż? Ponownie zatrzepotała rzęsami, - Nie wiem o czym pan mówi, - a następnie dla efektu dodała niewinnie, - Sir. Jego oczy pozostały zwężone, - No dalej majorze, masz mnie. Mogłabyś równie dobrze być szczera i napawać się zwycięstwem. To nie jest nic czego bym nie mógł znieść. - Och, no nie wiem Sir. Napawanie się zwycięstwem pana kosztem nie jest naprawdę w moim stylu. Zażartował, - Zastanawiam się od kiedy. -A,a,a. Nie złapie mnie pan na to, Sir. Chcę tej opowieści, proszę. Mogę napawać się później, jeśli pan nalega. - uśmiechnęła się słodko, oczekując swojej nagrody za bycie tak niezdecydowaną. Westchnął, - W porządku, ale muszę cię ostrzec , że następny razem nie będę tolerował takiego oszustwa. - Wszystko co pan powie, Sir. Czy teraz mogę dostać swoją opowieść? - Majorze, nie możesz ... - Opowieść, Sir? - Majorze, to jest wysoce ... - Obiecał pan. - Carter. - Pułkowniku? - Co w ciebie wstąpiło? - Nic. - Zatem dlaczego ... - Sir, wie pan, że nie ma sposobu żebym odpuściła. - Mógłbym ci rozkazać. - Proszę spróbować. - OK ... w porządku. Jeez, opowiem ci. Uśmiechnęła się zwycięsko, - Więc ... proszę opowiedzieć. Cofnął się trochę, modląc się żeby wkrótce przyjechał Prezydent i wybawił go od niej. Albo może jego mały kumpel, Thor ściągnąłby go w górę, by kolejny raz uratował ich obce szare tyłki, poniżyłby się nawet do czekania na pojawienie się Tok’ra w bazie. Odczekał dwie sekundy, ale nic się nie wydarzyło, jego major nadal stała tam w oczekiwaniu, gdzie były te wszystkie „przerwy nie o czasie” kiedy on ich potrzebował? - Sir? - nacisnęła. Ustąpił, - OK, w porządku. My byliśmy w tej samej bazie gdy obaj byliśmy kapitanami. - I? - Cóż, naturalnie ... kiedy dowiedziałem się, że tam był facet o tym samym nazwisku, tym samym stopniu jak mój, przeprowadziłem małe poszukiwanie. - I? Zaczął wiercić się z zakłopotania, - I wykorzystałem to na moją korzyść. - W jaki sposób? Zaczął się zastanawiać jak złagodzić informację dla jej delikatności, - No wiesz ... w realizowaniu moich zainteresowań. Nie rozumiała tego. - Co to były za zainteresowania? - Uhm ... znajdowanie "nowych przyjaciół”? - Jakiego rodzaju przyjaciół? Zupełnie nie wiedział w jaki sposób opowiadanie historii zamieniło się w przesłuchanie, - Yyy ... taki żeński pociągający rodzaj przyjaciół? Uśmiechnęła się, - Wow, pułkowniku, nigdy nie pomyślałabym, że pan tak bardzo nie wierzył w siebie Zaniemówił, - Nie wierzył w siebie? Dlaczego miałbym nie wierzyć w siebie? Major zmarszczyła brwi, - Czyż nie wykorzystał pan jego cech do ... zaprzyjaźniania się ? - dodała z lekkim uśmiechem. - Och, nie, nie. Nic z tym rzeczy. - Zatem co? - Cóż ... W pewnym sensie wykorzystywałem go jako mojego kozła ofiarnego. - Kozła ofiarnego? - Taa, jeśli moja nowa ... przyjaciółka zaczynała zbyt poważny traktować naszą ... przyjaźń, podczas gdy ja chciałem aby ona nadal pozostała na nie tak bardzo poważnym poziomie, dawałem tej szczególnej przyjaciółce jego numer telefonu. - plątał się nieco podczas mówienia. Zachichotała w tym momencie, - Pan rzeczywiście wie jak złamać ko ... przyjacielowi serce, Sir. To była duża ulga zobaczyć, że ona uważała tą cała sprawę za zabawną i wtedy stwierdził, że on również śmieje się w myślach, - Boże, tęsknię za tymi starymi czasami. Miałem wtedy kupę zabawy. - Mówi pan, że nie ma wystarczająco zabawy z nami, Sir? - drażniła się z nim. - Cóż, musisz przyznać Carter, że to jest inny rodzaj zabawy. - popatrzył na nią, powodując że się zarumieniła, w pełni świadomej jakie było jego wyobrażenie "zabawy". Odchrząknęła, - Nadal Sir, nie powiedział mi pan kiedy spotkaliście się pierwszy raz. - Ach ... no wiesz, to było trochę skomplikowane. - Uwielbiam komplikacje (Jestem kochanicą komplikacji;)), Sir. Popatrzył na nią z góry na dół i wymamrotał, - Och tak, jak mogłem o tym zapomnieć. Dobrze go znając przyjęła to jako komplement, - Więc. - Więc co? Jeśli była sfrustrowana to tego nie okazywała, - Jak się spotkaliście? - Och, to? - Tak, to. - Uhm ... spotkaliśmy się w biurze generała Riley'a. - Generała Owena Riley'a? - Tak. - I? - I co? Jej mózg pracował jak nigdy wcześniej, - W porządku, niewłaściwe pytanie. Przede wszystkim dlaczego byliście obaj w biurze generała? - On nas wezwał. - A jaki był powód? - Uh ... mały problem z jego córką. - Proszę podać szczegóły, Sir? - Nie. - powiedział trochę zbyt szybko. On opowiedział historię, musiał przyznać, że to nie była cała prawda, ale to wystarczyło do spełnienia jego obietnicy. - Och, w porządku. Zatem po prostu spytam ją następny razem, jak ją zobaczę. - wzruszyła tylko ramionami, doskonale wiedząc, że nie może wyciągnąć od niego już nic więcej. - He? Co za "ją"? - był zaniepokojony. - Annie Riley oczywiście, jedyną córkę generała. - miała szczęście, że ją znała, mogła później wydobyć informację od Annie. - Znasz ją? - Oczywiście że tak. Generał był jednym z przyjaciół taty, doskonale znam Annie. - Eee ... Carter. - Tak, Sir? Badał jej twarz, modląc do każdego boga, którego znał - fałszywego i prawdziwego - żeby ona żartowała. Ale on znał ją bardzo dobrze, do tego stopnia iż chciałby teraz aby tamto się nie wydarzyło. Ona znała Annie, ta wiadomość była dosyć niepokojąca - prawie przerażająca. Jakiś lotnik zbliżył się do ich. - Pułkowniku, majorze, - powiedział, przerywając pułkownikowi badawcze spoglądanie na panią major. - Tak? - pułkownik był przez chwilę rozproszony. - Prezydent przyjechał. Proszę przygotowujesz się do uroczystości, - powiedział lotnik. - Tak, oczywiście. - odpowiedziała mu major, - Chodźmy Sir. Nie chcemy żeby Prezydenta czekał, nie prawdaż? - jak tylko wypowiedziała te słowa, obdarzyła go jednym z tych uśmiechów. Uśmiechem, który on mógł opisać tylko jednym słowem: złośliwy. *** Jack zaklął. Jak on mógł zapomnieć, że ona również była córką generała. On powinien się nauczył jak trzymać język za zębami. Nie powinien wymieniać nazwiska generała. - Pułkowniku. - przed ich ostatnią rozmową zawsze uwielbiał słyszeć ten głos. Teraz, tylko pragnąłby, żeby ona sobie stąd poszła - oczywiście w możliwie najprzyjemniejszy sposób. Wrócili z Waszyngtonu nazajutrz po ceremonii i od tego czasu unikał jej. Ale jego szczęście do pań wydawało się ostatnio go opuszczać i ona zdołała odnaleźć go w kantynie. - Jack. - Głos Daniela. Przynajmniej nie powinna chcieć zakłopotać go teraz przed Danielem ... prawda? - Cześć ludzie. - powiedział z roztargnieniem gdy odwracał się by ich przywitać. Jego łyżka zawisła w powietrzu, pełna owsianki i gotowa, by powędrować do jego ust. Obeszli go dookoła i usiedli przed nim. Na widok swojego major Jack zupełnie stracił apetyt, z bardzo uzasadnionego powodu. Odłożył łyżkę do miski. - Wszystko w porządku? - Daniel był zakłopotany jego ruchem. Sam zdołała zażartować zanim Jack mógł odpowiedzieć na pytanie, - On jest zdenerwowany Danielu. Nic czym by się trzeba martwić. Daniel skierował uwagę na nią, - A skąd to wiesz? Jack odciął ją od jakiegokolwiek odpowiedzi, jaką miała, - Nie jestem zdenerwowany, Carter. Tylko miałem kłopoty ze snem. Wykrzywiła wargi, - Jest pan pewny, Sir? Dlatego, że wiem iż pewna brunetka, która przypadkowo jest córką generała, planuje przyjechać tutaj i odwiedzić mnie w weekend. - przystąpiła do wzięcia kanapki ze swojej tacy i ugryzienia jej. Jack wybałuszył oczy podczas gdy Daniel był zaintrygowany. Patrzył na spokojną twarz Sam i bliską ataku serca reakcję Jack'a. Daniel pochylił się do Jack'a i spytał, - Czy coś mnie ominęło? Jack wstał bardzo szybko, - Majorze, mogę zamienić z panią prywatnie parę słów? Przestała jeść i także wstawała, w dodatku wyglądała na zadowoloną z siebie, - Oczywiście że pan może, Sir. A następnie oboje wyszli i Daniela siedział samotnie w kantynie i nadal nie mając pojęcia co zaszło. Cóż, domyślał się, że Sam znalazła jakiegoś haka na (jakiś szkielet w szafie) Jack'a. I z reakcji Jack'a, to musi być bardzo duży hak (szkielet). Intrygujące. *** - Co to wszystko ma znaczyć? - warknął Jack jak tylko drzwi jego biura zamknęły się. Nie uśmiechnęła się, ale jej oczy tańczyły z podekscytowania, - A więc Sir, wczoraj skontaktowałam się z Annie Riley. Ona była bardzo przejęta kiedy powiedziałam jej, że moim dowódcą jest człowiek o nazwisku Jack O'Neill. Stali niedaleko od siebie, Jack plecami do drzwi a Sam parę kroki od niego. Westchnął ciężko, - I naturalnie ją tu zaprosiłaś. Parsknęła z oburzenia, - Nie zrobiłabym czegoś takiego, Sir. Myślałam, że zna mnie pan lepiej. Oparł się plecami o drzwi, ręce skrzyżował, - Naprawdę? W takim razie jak doszło do tego że ona przyjeżdża tutaj na weekend? - Powiedziałam jej, że potrzebuję przyjaciółki na pana barbeque party w tą sobotę, ona z ochotą ofiarowała swoje towarzystwo. Nie miałam serca powiedzieć nie, Sir. Więc, technicznie, ona zaprosiła się sama. Zamknął oczy i opuścił głowę, jak on mógł zapomnieć, że ona jest podstępną i bystrą kobietą. Nie było sensu kontynuować tej rozmowy, ona była przygotowana. - Oczywiście, jeśli nie czułby się pan dobrze z tym ... zawsze mogłabym powiedzieć jej, że mamy niezaplanowaną misję, Sir. Więc barbeque party zostało odwołane i nie ma potrzeby aby ona pokonywała całą tą drogę do Colorado skoro nas tu nie będzie. - nieznacznie wzruszyła ramieniem. Wiedział gdzie to prowadzi, nie spuszczał z niej oczu, - I wszystko, co muszę zrobić to opowiedzieć pani historyjkę, nieprawdaż? Włożyła ręce do kieszeni i uśmiechnęła się, - Wiem, że Siły Powietrzne nie zrobiły pana pułkownikiem tylko z powodu pana dowcipu, Sir. Potrząsnął głowę z rezygnacją, ale także się uśmiechnął, - Oczywiście że nie, moja uroda także odegrała dosyć istotną rolę. - Ach ... oczywiście. Obszedł ją dookoła i zajął miejsce w swoim fotelu, - Usiądź, Carter. To jest długa historia. Posłusznie wykonała jego rozkaz, usiadła na prawym fotelu przed nim. Jego biurko było jedyną przeszkodą między nimi. Wziął pióro i bawił się przez chwilę kręcąc nim między palcami. Oblizał usta. To będzie trudne. Ale mógłby z tym skończyć raz na zawsze. Więc zaczął mówić, - W porządku ... pewnego razu ... *** Podejrzany bar był pełny ludzi, mała grupka oficerów Sił Powietrznych pałętało się tam a kilku z nich już się upiło, włącznie z młodym Jack'iem O'Neillem. Był w kącie baru, przebywał z jedną ze swoich nowych, pociągających żeńskich przyjaciółek, kiedy weszła grupa innych oficerów Sił Powietrznych.. Por. Ferretti był nadal zupełnie trzeźwy w tym decydującym momencie, rozpoznał jednego z mężczyzn w tej grupie. Oni wybrali ten bar, ponieważ to nie był przeciętny bar Sił Powietrznych, on nie przypuszczał, że ich tu zobaczy. - O cholera. - zaklął. Ferretti wiedział, że kłopoty były nieuniknione. Będąc dobrym przyjacielem szybko przerwał swoją partyjkę bilardu i poszedł tam gdzie był Jack. - Jack, - pociągnął Jack'a za kurtkę i spróbował - z marnym skutkiem z powodu braku współpracy - wyplątać go od dziewczyny. - Co? - Jack popatrzył rozdrażniony podczas gdy dziewczyna nadal robiła "swoje". - Musimy iść. Teraz! - Ferretti był bliski paniki. - Dlaczego? Dobrze się tu bawię. - Pijany i pobudzony Jack jęknął, on nie chciał iść. Ferretti nalegał, nadal pociągając go za kurtkę, - Jack, no chodź. Zaufaj mi. Musimy iść. - Daj mi choć jeden dobry powód. - Jack mruknął i z powrotem skierował swoja uwagę na dziewczynę. Ferretti uśmiechnął się na zachowanie swojego przyjaciela, - Dlatego Jack mój przyjacielu, spójrz kto tutaj jest. - Położył ręce po obu stronach twarzy Jack'a i zmusił go, by popatrzył w kierunku nowoprzybyłych. Jack mimo woli skupił uwagę na tłumie. Gdy tylko jego wzrok wyklarował się, szeroko otworzył oczy, - O cholera. Ferretti mógł tylko kiwnąć głową, - Ja powiedziałem dokładnie to samo. *** - Kto to był? Jack obdarzył swojego zastępcę niemiłym spojrzeniem, - Niegrzecznie jest przerywać opowiadanie, wiesz. Sam nieśmiało się uśmiechnęła, - Przepraszam, Sir. Ale nie mogłam się powstrzymać. - W porządku. Tak czy inaczej, odpowiem na twoje pytanie, to był pułkownik Brown, pomagier generała. Zmarszczyła brwi, - Dlaczego do cholery ... - ale wtedy coś przyszło jej do głowy, przyglądnęła się mu uważnie, - chyba że dziewczyna z którą pan był to była ... - Założył ręce za głowę, - Tak, majorze. Prawidłowo się domyślasz. Tej nocy byłem z Annie. - Więc, co potem zrobiłeś? - Cóż, Ferretti i ja wymknęliśmy się z baru. - A co z Annie? - Zostawiłem ją. - Tak po prostu? - A co jeszcze mogłem zrobić? Pomyślała przez chwilę, - Dobra uwaga. Ale Sir, myślałam, że więcej pan potrafi niż związać się z córką generała. - Cóż, one zawsze mają to specjalne coś. - One? Szybko zmienił temat, - Tak czy owak, pułkownik widział wystarczająco, by donieść generałowi o jej zachowaniu tej nocy. Sam skrzywiła się z sympatii dla Annie, - Auć. Biedna Annie. Jack westchnął, - Tak, auć. Jeśli się nie mylę, została za to nieźle objechana. - Taa, generał Riley jest rzeczywiście nadopiekuńczy względem niej. Więc, co się potem stało? - Cóż, generał oczywiście nie był szczęśliwym obozowiczem kiedy się dowiedział. Naprawdę chciał - rzeczywiście był prawie gotowy na wszystko - dać facetowi, który zadawał się z jego małą dziewczynką, lekcję, ale Annie nie była pomocna. Więc przeprowadził własne śledztwo i wszystko czego się mógł wywiedzieć było imię Jack O'Neill i ... - ... i było dwóch Jack'ów O'Neillów w bazie. - zakończyła jego powiedz. Jack uśmiechnął się, - Wiem, że Siły Powietrzne nie zrobiły pani majorem tylko ze względu na pani manipulatorską natury, Carter. Uśmiechnęła się, - Oczywiście że nie, Sir. - W każdym razie, zostaliśmy obydwaj wezwani do biura generała. - I? - I wtedy to dopiero zaczęła się zabawa. *** - Kapitanowie, - Generał Riley popatrzył na dwóch oficerów stający przed nim. Jeden z ich był wystarczająco głupi, by zadawać się z jego córką, musiał się tylko dowiedzieć który, - pozwólcie mi załatwić to szybko. A więc, który z was "umówił" się z moją córkę? Obaj kapitanowie stali cicho. I kiedy cisza stała się nieznośna Jack otworzył usta, - Mogę spytać, dlaczego nas pan pyta, Sir? - Ponieważ Jack O'Neill umawiał się z moją córką, tylko nie wiem który. O'Neil był zmieszany, - Jack O'Neill, Sir? Generał wściekł się, - Słyszeliście mnie. Jack udawał niewinnego, - To nie ja, Sir. - On naprawdę nie "umawiał się" z Annie, on tylko czasami z nią "wychodził". Widzisz, on nie kłamał. O'Neil powtórzył jego deklarację, - To też nie byłem ja, Sir. Oczy generała były pełne nienawiści, ale on nie wiedział, gdzie ją skierować, - Nie uważajcie mnie za głupca. Wiem że jeden z was jest winny. Jack'a bardzo kusiło by zapytać jak on mógłby być winny w tej sprawie, ale mądrze trzymał język za zębami. Niestety, O'Neil taki nie był, - Winny, Sir? Jack mógł wymyślić tysiąc barwnych słowach by opisać głupotę tego faceta, do jasnej cholery i on sądzi że ma wyższe IQ od niego. Czy jego móżdżek nie mógł go poinformować, że zadanie pytania tego rodzaju może tylko rozgniewać generała? I jego obawa ziściła się, generał wrzeszczał na O'Neila, - Tak, kapitanie. Ona jest jeszcze nieletnia. Dowiem się, który z was jest odpowiedzialny i wykopię jego nędzną małą dupę z Sił Powietrznych szybciej niż zdoła powiedzieć mama. Jack był wyraźnie wstrząśnięty, Annie była nieletnia? Ona powiedziała, że ma 19 lat, cholera, był w przykrym położeniu. Ale oni właściwie nie posunęli się z nią jeszcze za daleko, więc był bezpieczny. Od prawa, nie od bardzo rozgniewanego ojca. < - Przysięgam na Boga, Carter. Nie wiedziałem, że ona była nieletnia - > Jack zaryzykował zerknięcie na O'Neila. On był trochę wstrząśnięty wybuchem generała, ale był niewzruszony. - Proszę o pozwolenie na swobodną rozmowę, Sir. - poprosił O'Neil. Generał popatrzał wściekle na niego, - Udzielam. - Dlaczego nie poprosi pan swojej córki by zidentyfikowała z którym Jack'iem O'Neillem się umawiała? Jack nie wiedział, czy ma cieszyć się czy nie, O'Neil kopał swój własny grób. - Cóż, jeśli ona byłaby chętna to zrobić, teraz nie musiałbym robić tego wszystko, nieprawdaż? - trudno było nie zrozumieć sarkazmu. I w wyniku tego, O'Neil zamknął swoje usta. *** - Więc? - Co więc? - Co potem zrobił generał? - Sam była pogrążona w jego historii. Jack leniwie uniósł brew, - Cóż, ponieważ nie mógł dowieść, który O'Neill wychodził z jego córką, pozwolił nam odejść. Jednakże życie w tej bazie z nim jako generałem było dla nas trudne. - On nigdy się nie dowiedział? - Nigdy. - I wrogość między panem i tym drugim O'Neilem była tym spowodowana? - Tak. W zasadzie winił mnie za wszystko. Jego kariera była tak jakby zablokowana z tego powodu przez jakiś czas. Och tak i dowiedział się później o tym koźle ofiarnym. - Cóż, był pan za to odpowiedzialny, Sir. - zauważyła. - Tak, przypuszczam że tak. Nie żebym się mu, pomimo wszystko, do tego przyznał. - Ale myślę, że coś pan pominął, Sir. - Dlaczego? - Traktuje go pan tak jak traktuje Kinseya a nawet Apophisa, więc musi być jeszcze coś. - Nie można nic przed tobą ukryć, nieprawdaż? Tylko się uśmiechnęła na jego komentarz. Jack miał dziwne spojrzenie kiedy powiedział, - Carter, wiesz, że nie cierpię naukowców, prawda? - Taa. - On jest tego powodem. - He? - Generał Riley nie pozwolił nam tak po prostu odejść. On zamknął nas w pokoju na kilka godzin. *** Jack gapił się na nudną białą ścianę. Jego jedyne towarzystwo, tj. Jack O'Neil siedział przed nim, wpatrując się w niego oskarżającym wzrokiem. Pokój był standardowym pokojem przesłuchań, jedna jego strona była ozdobiona dużym lustrem, po drugiej stronie którego, Jack był tego pewien, stał generał. Ich krzesła stały na przeciw siebie ze stołem między nimi. - Zrobiłeś to, nieprawdaż? - O'Neil przerwał zupełną ciszę. Jack skierował swoje spojrzenie na drugiego mężczyznę, - Przykro mi że cię rozczaruję gościu, ale to nie ja. - a następnie jego uwagę zwróciła muszka owocowa. Podążył za jego ruchem z silnym skupieniem. - To musiałeś być ty, ponieważ wiem, że ja tego nie zrobiłem. - O'Neil powtórzył swój zarzut. Nie odrywając oczu od muszki owocowej bronił się, - Cóż, żaden złodziej się nie przyzna, że kradnie. - Co insynuujesz? - O'Neil uniósł głos, był rozgniewany. Przedmiot jego zainteresowania wleciał pod stół, Jack westchnął, właśnie stracił swoje jedyne źródło rozrywki. - Hej, słuchasz mnie? - powiedział jeszcze raz O'Neil. Jack gapił się na niego, - Nie, ponieważ to nie ma sensu. - O'Neil był gotowy, by wybuchnąć podczas gdy Jack kontynuował, - Popatrz, generał zamknął nas tutaj, ponieważ chciał byśmy obrócili się przeciwko sobie. Jeśli nie odkryje niczego puści nas. O'Neil zaczął rozumieć o co mu chodzi i po raz drugi tego dnia zamknął usta.*** Sam myślała, - Nie widzę związku Sir. - Związek? - Tak, dlaczego nienawidzi pan naukowców tylko dlatego, że został pan zamknięty z jednym na kilka godzin? I ta rozmowa również nie wystarczy. Jack przybrał winny wygląd, - Ach, to dlatego że przedstawiłem ci łagodną wersję. - Sir? - Pozwól tylko powiedzieć, że tam było wyzwisk i uraz. - Jak co? - Dobrze, on użył "bezużyteczny, zakuta pała, debil" podczas gdy ja użyłem" funkcją twoich komórek mózgowych jest myślenie, użyj ich, ty idioto. - Ach, niech zgadnę, to było właściwie na rozruch, mam rację? - Tak, to znaczy on w zasadzie czepiaj się mnie, ponieważ nie jestem naukowcem. Więc od tego momentu, kiedy widzę naukowca, widzę jego. - Nawet mnie, Sir? - spytała z niedowierzaniem. Jack potrzebował chwili zanim odpowiedział na pytanie, - Muszę przyznać, nawet ciebie Carter. Jednak już nie. Ale zrzucałem za to winę na moje uprzedzenie. Ona śmiała się delikatnie, - Uprzedzenie, hę? To wielkie słowo, Sir, i pan to powiedział. On rzeczywiście wyglądał na oburzonego, - Oy. - Przepraszam. - Tak czy owak, jak już powiedziałem, to były moje uprzedzenia. - Aye, Aye, pułkowniku. Uśmiechnął się pomimo kpiny w jej ostatnich słowach, - Więc, Carter. Gotowa, by poinformować swoją przyjaciółkę Annie o naszej pechowej nie zaplanowanej misji? - Nie ma potrzeby tego robić, Sir. Była bardzo wyluzowana, coś było nie tak, oczy Jack skanowały ją, - Carter, powiedz mi, że nie zapomniałaś o naszej umowie. - Oczywiście że nie, Sir. Ale nie muszę dzwonić do niej. - Dlaczego? - spytał ze zmęczeniem. Założyła nogę na nogę i położyła ręce na kolano, - Ponieważ Sir, ona zadzwoniła do mnie dzisiaj rano, powiedzieć mi, że nie może w ten weekend. Jej szwagierka właśnie urodziła. Jack gapił się na kobietę przed sobą, szczęka mu opadła. Uśmiechając się diabelsko na swoje „arcydzieło”, dodała, - Ale liczy na bilet na powtórkę imprezy. * Koniec * Copyright by Blue Topaz, 2002
Login:
Hasło: