Nowa gra w świecie Stargate! [wideo]

Wytwórnia MGM oraz Arkalis Interactive ogłosili premierę najnowszej interaktywnej gry przeznaczonej na urządzenia mobilne. IGN donosi, że pierwszy epizod gry swoją premierę będzie mieć w marcu 2013 roku. Trailer przedstawia śliczne animacje z bardzo realnymi podobiznami całej drużyny SG-1. Nie jest to co prawda gameplay, co nie zmienia faktu, że filmy... Więcej...

chevron
Fanfic » ArTi » Trójkąt równoramienny
Tytuł oryginału: „Isosceles Triangle” Autor: Blue Topaz, blue-topaz@lycos.com Tłumaczenie: ArTi Gatunek: Humor/Romans Prawa autorskie: Stargate SG-1 nie należy do mnie, lecz do MGM, Gekko Corp., Sci-Fi Channel, Showtime. Postacie, sytuacje i zdarzenia są własnością autorów. Źródło: Link
CZĘŚĆ 1 Z punktu widzenia Jonasa - CO? Musiałem komuś powiedzieć. Musiałem z kimś porozmawiać. Musiałem jeszcze komuś o tym powiedzieć. Musiałem powiedzieć Pułko... - nie, wróć i ponownie to przemyśl, musiałem powiedzieć Sam. Tak, powiedzieć Sam. Trzeba pozwolić Sam zająć się tym. Ona jest lepsza w "tych" sprawach ode mnie... cóż, przynajmniej w sprawach dotyczących Pułkownika O'Neilla. - Jonas, wszystko z tobą w porządku? - spytała Liliana. Była jednym z duniańskich przedstawicieli dyplomatycznych, z którym SG-2 nawiązało pierwszy kontakt około czterech miesięcy temu. Ich poziom technologiczny był nieco podobny do ziemskiego i ku naszej wielkiej radości byli bardziej niż chętni do zawarcia przymierza. Odkaszlnąłem. - Jesteś tego pewna? - nie mogłem nie spytać dla pewności. Ludzie potrafią mylnie zinterpretować to, co słyszą, a ja nie mogłem pozwolić sobie na złą interpretację. Nie, kiedy Pułkownik był w to zamieszany. Ciemnowłosa kobieta, siedząca przede mną, uśmiechnęła się. - Znam Diana na wylot, dorastaliśmy razem. Więc by odpowiedzieć na twoje pytanie... - umyślnie przerwała a jej równie ciemne oczy skrzyły się - Tak, jestem pewna. Uh och. Wielkie, wielkie, WIELKIE problemy. - Jonas, jeszcze raz, jak nazywa się ten pokarm? - spytała Liliana, zmieniając temat rozmowy, i próbując szturchnąć galaretkę swoją łyżką. Dunianie nalegali na wysłanie swoich najlepszych mężczyzn i kobiet na Ziemię, by przez miesiąc mieszkali tutaj i nauczyli się o nas więcej. Pułkownik O'Neill porównał to do wymiany studenckiej. "Wysłali nam grupę inteligentnych, bystrych i "irytujących" dzieci pod pozorem zdobywania nowych doświadczeń i poznawania nowych rzeczy, podczas gdy w rzeczywistości ich rodzice po prostu chcieli się ich pozbyć" - powiedział ponuro, gdy Hammond wyznaczył SG-1 na ich opiekunów. Tak jest, Pułkownik nie był szczęśliwym "obozowiczem", nienawidził "niańczenia" naukowców. - Nazywamy ją "galaretka", spróbuj - zachęciłem ją. Być może jej struktura ją zniechęciła. Wbiła swoją łyżkę i nabrała niewielką ilość przezroczystej, żółtej galaretki. Przypatrywała się jej przez chwilę, zanim w końcu odłożyła ją do szklanki. Zmarszczyła nos i odsunęła szklankę od siebie. - Może później. - Taa, hej, słuchaj. Muszę pójść do laboratorium Sam. Masz coś przeciwko temu, jeśli zostawię cię tutaj przez chwilę samą? Naprawdę muszę porozmawiać z Sam i wyrzucić to z siebie możliwie szybko. Przysunęła talerz z kawałkiem placka jabłkowego bliżej swojej ręki, trzymającej łyżkę. Ciekawska kobieta gotowa do zbadania nowej rzeczy, nie odrywając oczu od talerza, odpowiedziała: - Tak, pewnie. Nie wiem, czy powinienem być obrażony, ale ona była bardziej zainteresowana plackiem niż mną. - Dzięki. Spojrzałem na jej SF (Generał nalegał, by każdy Dunianin koniecznie był eskortowany przez SF, zarówno w obecności jak i pod nieobecność SG-1) i dałem mu znak głową. Odpowiedział mi kiwnięciem. Opuściłem kantynę i podążyłem na dół do laboratorium Sam. Mam nadzieję, że tam była. Tylko człowiek mógł wytrzymać tak wiele sekretów. Zerknąłem przez drzwi jej laboratorium. TAK, była tam. Z głową zagrzebaną pod stosem teczek. - Sam - wszedłem do jej laboratorium i podszedłem do niej. Głowa Major uniosła się. - Jonas - uśmiechnęła się a następnie zmarszczyła brwi - Myślałam, że jesteś z Lilianą. - Tak, jestem - odpowiedziałem - Zaraz do niej wracam, tylko muszę o czymś z tobą porozmawiać. Zamknęła teczki. - Co jest? - skupiłem jej pełną uwagę na sobie. - Chodzi o Pułkownika O'Neilla - pochyliłem się do przodu i szepnąłem do niej - Jeden z naszych Duniańskich przyjaciół jest nim zainteresowany. Było coś w wyrazie twarzy Sam, czego nie mogłem określić. - Zainteresowany? - jej głos zadrżał z niepewności. - Tak, "poważnie" zainteresowany - próbowałem wyrażać się możliwie precyzyjnie. Nie chciałem, by coś źle zrozumiała - Pomyślałem, że Pułkownik powinien wiedzieć o tym fakcie - wzruszyłem ramieniem. Przez chwilę patrzyła na swoje dłonie, rozważając moje słowa. Kiedy w końcu podniosła głowę, spytała: - Który? W sumie jest czterech Daniańskich naukowców biorących udział w tej "wymianie". - Dian. >>>><<<< Z punktu widzenia Sam - Dian. Dian? Dian, ten "najzabawniejszy ze wszystkich Dunianów" Dian? Psiakrew, jak mam sobie z tym poradzić? Pułkownik nigdy nie lubił naukowców. Spędziłam miesiące pracując nad tym, by pokonać jego uprzedzenie do naukowców, a teraz Jonas mówi mi, że ten Dian zainteresował się Pułkownikiem? Jeśli Dian byłby tylko innym naukowcem, mogłabym po prostu to zignorować i spławić Jonasa, mówiąc mu, że Pułkownik może troszczyć się sam o siebie. Jednak był problem. Pułkownik lubił Diana. Sądził, że akurat ten Dunianin miał poczucie humoru. "Konieczną cechę, by być jego przyjacielem". Ale poza tym... - Dian jest facetem - myślałam na głos, niedowierzanie było chyba wyraźnie wypisane na mojej twarzy. - Nie myślę, żeby to był dla Diana problem - odpowiedział Jonas. Och tak, właśnie sobie przypomniałam. Dunianie są bardzo tolerancyjni w sprawach sexu, ponieważ społeczeństwo uznaje zarówno hetero jak i homoseksualne związki. Łączenie się (śluby) między parami tej samej płci nie były czymś niezwykłym. - Teraz, gdy już wiesz, zostawię cię z tym - powiedział Jonas i prawie wybiegł z mojego laboratorium. Zaczekaj chwilkę... Jonas, ty naprawdę jesteś du#a wołowa... Jak mogłeś uciec w ten sposób? Teraz nie mam innego wyboru, jak tylko powiedzieć Pułkownikowi. I znając go, to mógł nie być taki dobry pomysł. Naprawdę mam ochotę, by zostawić sprawę własnemu biegowi. Niema mowy, aby Pułkownik odwzajemnił to uczucie, prawda? Wszyscy wiedzą, że ma oko na mnie... nie żebym się napawała, albo coś... ale hej, jeśli facet, taki, jak on, przyznaje się, że mnie lubi (chociaż zrobił to wbrew swojej woli), to chyba jestem upoważniona, by czuć się trochę dumna. Wracając do obecnego zagadnienia, gdzie jest Pułkownik O'Neill? Spojrzałam na rozkład dyżurów "niańczenia dziwaków", jako to przedstawił "pewien" Pułkownik. Generał nalegał, by zrobić harmonogram, aby każdy członek SG1 spędzał jednakową ilość czasu z Dunianami. Zobaczmy... Liliana była z Jonasem a pozostali z Pułkownikiem i Teal'ciem. Zamierzał pokazać im jakiś serial telewizyjny jako część wymiany kulturalnej. Naprawdę musiałam powiedzieć Pułkownikowi. Odłożyłam teczki, które czytałam i położyłam je w segregatorze. Wyłączyłam światło w laboratorium i udałam się do świetlicy. To tam ich znalazłam. Pułkownik próbował wyjaśnić kilka żartów pokazanych w serialu i gestykulował niespokojnie. Stanęłam w drzwiach. Nie mogłam tego zrobić. On wyglądał na tak bardzo... odprężonego. I chyba dobrze się bawił. Jeśli powiem mu o tym, to zniszczę jego dobry nastrój. Nie mogłabym mu tego zrobić, ale przecież zasługiwał, by wiedzieć. Co powinnam zrobić? Dunianie nawet go lubili, co było dość dziwne. W pewnym sensie szanowali go a on cieszył się z "psucia" tych naukowców. Chciał, aby nauczyli się, jak mieć trochę dobrej zabawny. Pomysł ten upadł, kiedy trafił do mnie i Daniela. Nasze pojęcia "zabawy" były po prostu całkowicie nie kompatybilne ze sobą. - Major Carter - Teal'c pierwszy mnie zauważył. Pułkownik odwrócił głowę w moją stronę. - Hej, Carter - uśmiechnął się - Przyszłaś dołączyć do nas? I jego szczęśliwa uśmiechnięta twarz spowodowała, że cała moja odwaga znikła. Do licha z tobą Jonas, nie wiesz, że "niewiedza jest błogosławieństwem"? Dlaczego poinformowałeś mnie o tym? Dunianie wróciliby do siebie za parę tygodni. Jeśli nie wiedziałabym o tym, mogłabym kontynuować moje doskonałe małe życie pewna, że on był mój... no może nie "mój" w sensie przynależenia, ale bardziej w sensie... OK, formalnie teraz mam w głowie zamieszanie. To zły znak. - Uh - naprawdę muszę wyrzucić to z siebie, ale jak? Och tak, był inny sposób: - Muszę porozmawiać z Teal'ciem, Sir. - Majorze Carter, nie zamierza pani przyłączyć się do nas i obejrzeć tej dziwnej rodziny silnie zniekształconych żółtych ludzi? - spytał grzecznie Byan, jeden z Dunian. Silnie zniekształceni żółci ludzie? - Simpsonowie, Carter - Pułkownik skarcił mnie delikatnie, jak gdyby czytał w moich myślach. Uśmiech zagościł na jego twarzy - Wstydź się, że nie wiesz. Och, właśnie to oglądasz Pułkowniku - Jest pan pewny, że ma zgodę Generała na oglądanie tego materiału... - umyślnie zrobiłam przerwę - ... Sir? Uśmiech szybko zniknął. - Uhm, Carter - ściągnął brwi - Naprawdę potrzebuję na to pozwolenia Generała? Uwielbiam, kiedy powoduję jego zmieszanie. To było jedno z moich hobby, obojętnie, jak dziwne to mogłoby się wydawać brzmieć. Starałam się (naprawdę z trudnością) zachować poważny wyraz twarzy. - Teal'c, mogę zamienić z tobą słowo? - umyślnie zignorowałam Jacka i zwróciłam twarz na Teal'ca. Pułkownik zamierzał podejść do mnie, kiedy Dian zadał mu jakieś pytanie czym powstrzymał go przed tym. - W czym mogę być pomocny, Major Carter? - Teal'c zaoferował swoją pomoc, jak tylko zbliżył się do mnie. Wyciągnęłam go na zewnątrz dla zwiększenia prywatności, ale wcześniej uchwyciłem spojrzenie Dian'a poklepującego Pułkownika po ramieniu i uśmiechającego się do niego. Ech. A więc, nie zrozumcie mnie niewłaściwie. Nie miałam niczego przeciw męsko - męskim relacjom, mam tylko problem z "każdym", okazującym to mojemu facetowi. Eeee, to znaczy mojemu Pułkownikowi, mojemu Oficerowi Zwierzchniemu, dowódcy mojej drużyny, moim kolegom z drużyny, mojej drużyny. Miałabym taki sam problem, jeśli to byłby Teal'c albo Jonas. To był jeden z moich obowiązków - "ochraniać" moich przyjaciół. Tak, to było powodem mojego postępowania. Ehm. - Teal'c, posłuchaj mnie uważnie - szepnęłam. Teal'c uniósł brew. - Słucham. - OK - odchrząknęłam - Potrzebuję, byś miał Pułkownika na oku. Olbrzym był zmieszany. - Z jakiego powodu? Boże proszę, pozwól Teal'cowi to zrozumieć. Naprawdę nie chciałabym wyjaśniać mu zbyt szczegółowo. - Dian lubi Pułkownika. - O'Neill jest miłym facetem. To nic niezwykłego, że Dian go polubi. Teal'c, Teal'c, Teal'c. Czy naprawdę muszę ci to wyjaśnić szczegółowo? Popatrzałam na niego uważnie. - Dian naprawdę, "naprawdę" lubi Pułkownika - zrobiłam pauzę - bardzo. >>>><<<< Z punktu widzenia Teal'ca - Dian naprawdę, "naprawdę" lubi Pułkownika - Major Carter zawahała się - bardzo. Rozumiem. To o tym Major Carter próbowała mi powiedzieć. - On ma pociąg do O'Neilla. Skrzywiła się. - Cóż, nie wyraziłabym tego tak kategorycznie. Nieznacznie przechyliłem głowę na bok...ustąpiła. - Ale tak, to jest to, co próbuję ci powiedzieć. Dokładnie rozważyłem informację. Nie było dla mnie tajemnicą, że Major Carter żywiła uczucia dla O'Neilla. Będę "miał oko" na niego najlepiej jak potrafię. - A zatem, zrobię, o co prosisz - skłoniłem nieznacznie głowę i obdarzyłem ją uspokajającym uśmiechem. Uśmiechanie stawało się obecnie coraz bardziej naturalne. Moi przyjaciele Tau'ri byli zabawni. - Dzięki Teal'c - uścisnęła moją rękę, na twarzy miała wyraz ulgi - Wiem, że mogę ci zaufać. Zabrała ręce z mojego ramienia. - Słuchaj, muszę wrócić do mojego laboratorium. Jeszcze raz dzięki Teal'c. - Proszę bardzo - powiedziałem. Wtedy odwróciła się i poszła do windy. Patrzyłem jak idzie. Czy ona była nieświadoma tego, że serce O'Neill należało już do niej? Nie było potrzeby, bym go pilnował. Ale dałem jej obietnicę i zamierzałem jej dotrzymać. Odwróciłem się i wróciłem do świetlicy. Po tej rozmowie stwierdziłem, że przyglądam się jak O'Neill i Dian zachowują się w stosunku do siebie. Na początku, kiedy zostaliśmy wyznaczeni do tego zadania, O'Neill był sceptyczny. Myślał, że wszyscy naukowcy są "nudni" i nie wiedzą jak się "bawić". Ale w miarę upływu czasu zaczął ich coraz bardziej lubić. Zwłaszcza Diana. Mężczyzna był wysoki, prawie tak wysoki jak O'Neill. Jak większość Dunianów miał ciemne oczy i włosy, to była ich cecha genetyczna. I był całkiem atrakcyjny. Być może dlatego Major Carter była zmartwiona. Zauważyłem nieznaczne gesty i skryte spojrzenia, które rzucał O'Neillowi. Major Carter miała rację, ten facet wykazywał "szczególne" zainteresowanie O'Neillem. Nie wiedziałem, jak ona zdołała zdobyć tą informację, ale ta była ścisła. Pół godzina później serial TV skończył się i trzej Dunianie zostali odprowadzeni z powrotem do ich prywatnych kwater VIP'ów. - Hej, T. - O'Neill odezwał się do mnie, jak tylko zostaliśmy sami i zaczęliśmy sprzątać świetlicę - Czego chciała Carter? - spytał, udając brak zainteresowania, podczas gdy z całą pewnością wiedziałem, że był ciekawy. Zawsze stosował tą metodę, gdy to dotyczyło Major Carter. Być może nadszedł czas, by poddać ich małemu "naciskowi" jak wyrażała to dr Fraiser. Podniosłem czarny plastikowy kosz i zacząłem sprzątać stoły. - Chce, bym miał cię "na oku". Reakcja O'Neilla była do przewidzenia: odwrócił się bardzo szybko i stanął twarzą do mnie. - CO? Popatrzyłem na niego z dezaprobatą. Odchrząknął i ściszył głos: - Dlaczego? - Była zaniepokojona, że twoje bliskie stosunki z Dianem zagrażają jej relacjom z tobą. O'Neill był zmieszany. - Co spowodowało, że tak pomyślała? Nadeszła chwila, by "naciskać" dalej. - Przypuszczam, że słowem, którego używają Tau'ri byłoby "Zazdrość". - Ona jest zazdrosna? - spytał niepewny, a jednak rozbawiony moim odkryciem. Nie mogłem powstrzymać uśmieszku. - Tak, jest. >>>><<<< Z punktu widzenia Jack'a - Tak, jest. Carter była zazdrosna? O mnie i Diana? Dlaczego? To znaczy, dlaczego? Wow, nie mogę uwierzyć, że właściwie czułem z tego powodu lekką przyjemność. Carter była zazdrosna, to powinno co nieco tłumaczyć. Nie, nie, nie zapędzaj się. Carter jest przyjacielem, bardzo dobrym przyjacielem, stała się zazdrosna, ponieważ... och tak, dlaczego stała się zazdrosna o Diana? Czy spędzałem z nim zbyt wiele czasu i lekceważyłem ją? Eeee, nadal od czasu do czasu wpadam do jej laboratorium. Czy ona myślała, że... och, co za kanał, nie było sensu w szalonych domysłach. - Dlaczego? - spytałem Teal'ca. Mógłbym przysiąc, że Jaffa cieszył się z mojego zakłopotania. - Obawiam się, że nie mogę wyjawić tej informacji. Westchnąłem. Domyślałem się, że muszę porozmawiać z nią osobiście. *** CZĘŚĆ 2 Z punktu widzenia Jonasa To nie może się zdarzyć. Proszę, to nie może się zdarzyć. Jak mogłem sądzić, że wytłumaczę to Pułkow... nie, nie jemu, Sam. Tak, Sam. Jak? Położyłem łokcie na stole i położyłem twarz w dłoniach, pocierając ją nieznacznie. Mogłem wyczuć nadchodzący ból głowy. - Jonas, w porządku? - spytała Liliana. Mógłbym przysiąc, że powiedziała mi to wszystko tylko po to, by spowodować moje przygnębienie i cieszyła się jego każdą sekundą. Och Boże, pomóż mi. - Jesteś tego pewna? - wiedziałem jaka była odpowiedź, ale mimo to musiałem spytać. Tylko dla pewności. Jej czarne oczy skrzyły się z rozbawienia. - Oczywiście. Ta piękna kobieta jest przebranym diabłem. Chociaż nie mam dowodów, nie było żadnych wątpliwości. Wyraźnie czerpała przyjemność z rozpaczy innych. - A więc Jonas, jeszcze raz, jak nazywa się ten pokarm? - jak zwykle, "rzuciła bombę" i zostawiła mi bym posprzątał bałagan. Przed sobą miała kawałek ciasta czekoladowego. Zaczerpnęła łyżką małą ilość śmietanki i zlizała ją smakując ostrożnie. Jedną z rzeczy, których nauczyłem się, odkąd jesteśmy tutaj razem było to, że ona miała obsesję na punkcie ziemskiego jedzenia, szczególnie deserów. - Ciasto czekoladowe - poinformowałem ją roztargniony. Miałem pilniejsze sprawy do przemyślenia. Och ludzie, co powinienem teraz zrobić? - Nadal masz czas, by powiadomić Major Carter - powiedziała Liliana, nabierając kawałek ciastka - Będę tutaj czekała z moim ciastem czekoladowym - ciasto znikło w jej ustach. Gdy już rozpłynęło się jej w ustach, westchnęła z uznaniem: - Wspaniałe pożywienie. Przypomnij mi, bym wzięła je na Dunian. I co nie myliłem się? To jest dowód, że ona jest zła. - Uh ... Ok. Nie będę długo. Ale miała rację. Musiałem Sam dać o tym znać. Zostawiłem Lilianę samą, by cieszyła się swoim deserem dnia i podążyłem do laboratorium Sam. Mam nadzieję, że nie będzie za późno. Ona i Pułkownik byli wyznaczeni na wyprawę na Dunian i mogli zostać wysłani w każdej chwili. Dian został wezwany do powrotu, ponieważ zaistniał problem z projektem który dozorował i wymagana była jego obecność. Poprosił Pułkownika O'Neilla, by mu towarzyszył. Obiecał mu wspaniałą wycieczkę dookoła Duniana...och tak, i pokazanie wspaniałego miejsca do wędkowania. Nie trzeba dodawać, że Pułkownik się zgodził. Na szczęście dla Sam (albo dla niego - zależnie od punktu widzenia), ona podsłuchała rozmowę i zapytała czy może iść z nimi. Jej oficjalnym powodem było przyglądnięcie się technologii Dunianów, ale ja wiedziałem swoje. No wiesz, zauważyłem, że Pułkownik w pewnym sensie był nadopiekuńczy względem niej, tylko nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że to działało w obie strony. To nie jest zła rzecz, muszę to przyznać. - Sam - gdy znalazłem się w jej laboratorium, zobaczyłem ją pakującą jakieś wyposażenie do plecaka. Zerknęła w górę i patrzyła na mnie przez chwilę - Cześć Jonas - a następnie powróciła do swojej wcześniejszego zajęcia - Co się dzieje? - Słuchaj, muszę ci coś powiedzieć - przejdźmy do sedna sprawy - Dian zamierza podjąć pewne kroki podczas waszego pobytu na Dunianie. Sam jest inteligentna, zrozumiała, co powiedziałem. Upuściła urządzenie wyglądające na bardzo drogie, które trzymała w tym momencie, a ono roztrzaskało się o podłogę z wielkim hukiem. Oops, powinienem zwrócić uwagę na swoje wyczucie czasu. Popatrzyła na mnie i uśmiechnęła się. - Dzięki, że dałeś mi znać Jonas - powiedziała spokojnie, ale jej pięści były mocno zaciśnięte, przecząc jej opanowanemu wyglądowi. Uh, to była niezręczna sytuacja, musiałem szybko stąd wyjść. - Nie ma sprawy. >>>><<<< Z punktu widzenia Sam - Nie ma sprawy - powiedział Jonas, podczas gdy jego nogi uciekały z mojego laboratorium. Po ułamku sekundy był poza zasięgiem mojego wzroku. Niech cię diabli Jonas. Dlaczego musisz robić to trudniejszym, niż to już jest? Wystarczająco nieprzyjemne było to, że byłam na miejscu kiedy Dian poprosił go by poszedł z nim na Dunian. Cóż, ok, może to nie było jednak takie złe. Ale zostałam w to wplątana w "chwilowym uniesieniu" i stwierdziłam, że z chęcią będę im towarzyszyła, ale wiedziałam, że Teal'c mógłby zrobił to zamiast mnie . No dobrze, już wcześniej zamierzałam go "ochraniać", czyż nie? Sądzę, że tylko muszę trochę podwyższyć dawkę "ochrony". Uspokój się dziewczyno! Nie pozwól wiadomości Jonasa wyprowadzić się z równowagi. Pułkownik może zobaczyć dzięki tobie prawdę. Jeśli byłabyś zdenerwowana, to mogłoby to cię całkowicie zdradzić. W porządku, nie panikujmy. Nie ma powodu, by panikować, w każdym razie jeszcze nie teraz. Tylko zapamiętaj jedno. TO się jeszcze NIE zdarzyło. Nadal możesz temu zapobiec. Westchnęłam ciężko. Zgadza się, to było moja zadanie, położyć temu kres. Po pierwsze, musiałam się trochę odprężyć. Rozwarłam pięści i po wzięciu głębokiego oddechu rozluźniłam napięte mięśnie. Po drugie, musiałam skończyć pakowanie. Wzięłam wszystko, co potrzebowałam i po prostu wkładałam to do plecaka. Do diabła ze zorganizowanym pakowaniem, Pułkownik nie mógł być pozostawiony sam. Nawet na sekundę. Po prostu nie mogłam podjąć tego ryzyka. Po trzecie, musiałam znaleźć Pułkownika. I musiałam znaleźć go szybko. Przewiesiłam plecak przez ramię i podążyłam do pomieszczenia wrót gdzie, jak wiedziałem, będzie. Zawsze miał skłonność do bycia przy wrotach wcześniej, niż to było zaplanowane. Chciał dawać przykład. Szłam korytarzem. Zbyt wolno. Zaczęłam iść szybciej. Nadal zbyt wolno. Zaczęłam powoli biec. Dlaczego korytarz wydaje się być dzisiaj o wiele dłuższy? - Major Carter - zawołał za mną Teal'c. Gdyby to był ktoś inny, oprócz Jacka albo Hammonda, to bym go zignorowała. Ale Teal'c był Teal'ciem, nie mogłam go po prostu zignorować. - Teal'c - zwolniłam trochę i obejrzałam się za siebie. Teal'c dogonił mnie. Wyglądał, jakby się czegoś obawiał, był prawie zmieszany. - Teal'c, coś się stało?- spytałam. >>>><<<< Z punktu widzenia Teal'ca - Teal'c, coś się stało? - spytała Major Carter z niepokojem na twarzy. Uśmiechnąłem się do niej ze smutkiem. - Dowiedziałem się dzisiaj niepokojących wiadomości. Zatrzymała się i zmarszczyła brwi. - Niepokojących? Na jej twarzy pojawił się cień obawy. Odłożyła swój plecak, uznając, że to będzie poważna rozmowa. - Istotnie - potwierdziłem. Jej oczy zwęziły się - Te wiadomości nie dotyczą czasem planu Diana, by przystąpić do działania podczas pobytu na Dunianie? Plan Diana by przystąpić do działania podczas pobytu na Dunianie? - Nie, to nie to. Co to za plan, do którego się odwołujesz Major Carter? - nie byłem poinformowany o tej sprawie. Wyglądała na zakłopotaną moim pytaniem, ale spokojnie odpowiedziała: - Uh... Jonas powiedział mi, że Dian planuje poczynić pewne kroki względem Pułkownika. Muszę przyznać, że podzielenie się ze mną taką informacją musiało ją wiele kosztować. Major Carter nie była typem człowieka, który mógł się łatwo zwierzyć. Naprawdę byłem zaszczycony, że pokłada we mnie tak wiele zaufania. Nadal jednak nie mogłem powstrzymywać się przed nagabywaniem jej. - Czy on zamierza wyznać swoje uczucia do O'Neilla? Skrzywiła się. - Teal'c, naprawdę musisz przedstawiać wszystko w tak otwarty sposób? - wierciła się nerwowo. Uśmiechnąłem się do niej. - Proszę, przyjmij moje przeprosiny, nie chciałem wprawić cię w zakłopotanie. Potrząsnęła głowę i westchnęła. Ręce miała zaplecione swobodnie na piersi. - Nieee, w porządku. To było po prostu to co czyni ciebie tobą - uśmiechnęła się do mnie. Kiwnąłem nieznacznie głową. Ona jest naprawdę niewiarygodną kobietą, O'Neill jest wielkim szczęściarzem, że ją ma. I ja także, że mogę się uważać za jej przyjaciela. - A zatem, Teal'c - ponownie zaczęła rozmowę - Jaką to niepokojąca wiadomość masz? - była niespokojna. Doktor Fraiser radziła mi bym "złagodził" nową informację stosownie do jej delikatności. - To plotka krążąca w SGC. - I? - jej ciekawość została pobudzona. - To przypuszczenie, że w końcu straciłaś swoje "podejście" i O'Neill zostanie na Dunianie, by żyć "odtąd szczęśliwie" z Dianem - mam nadzieję, że to było dla niej wystarczająco delikatnie. Jej oczy rozszerzyły się. Niewielkie westchnięcie wydobyło się z jej ust. Była wstrząśnięta. Przypuszczam, że można było spokojnie przyjąć, iż nie zdołałem "delikatnie" przekazać wiadomości. Ale ona jest silna, dojdzie do siebie. Tego jestem pewny. Położyłem rękę na jej ramieniu: - Nie martw się Major Carter. Nie wierzę, by O'Neill mógł zrobić coś takiego - uśmiechnąłem się do niej by ją podnieść na duchu - On nie zrezygnowałby z ciebie. Jej oczy rozświetliły się z wdzięczności i uśmiech wrócił na jej twarzy a potem objęła mnie przyjaźnie. - Dzięki Teal'c. To była najprzyjemniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek ktoś mi powiedział. - Jedynie powiedziałem prawdę - otoczyłem ją ramionami i trzymałem przez chwilę proponując tę odrobinę pociechy, którą mogłem dać. Po chwili cofnęła się - A propos Teal'c, jak zdobyłeś tę pogłoskę krążącą po SGC? - ściągnęła brwi - Jedynymi osobami, które wiedziały o tym byłam ja, ty i Jonas. Nie widzę żadnego z nas rozsiewającego plotki. Biedny Pułkownik będzie bardzo zakłopotany, jeśli kiedykolwiek się o tym dowie. Intrygująca sprawa. Kto faktycznie rozpowszechnił tą informację? - Nie wiem - szczerze odpowiedziałem. Westchnęła - Och cóż. Przypuszczam, że to dobrze, że za kilka minut będzie na Dunianie - popatrzyła na zegarek. - Przynajmniej nie dowie się o tym. Teraz idę do pomieszczenia wrót, już prawie czas wymarszu. Wzięła swój rzucony plecak i odeszła. Bardzo chciałem pomóc jej nieść plecak, ale wiedziałem, że odmówi. Poszliśmy więc do windy i podążyliśmy na Poziom 28, gdzie były wrota. O'Neill i Dian już tam byli. Stali, zajęci rozmową. - Carter, Teal'c - O'Neill zauważył jak się zbliżamy - Yo, wielki kolego. Czy jesteś pewny, że nie chcesz z nami pójść? - spytał. Jestem pewny, O'Neill. - wiedziałem, że puszczenie O'Neilla i Major Carter samych na tą wycieczkę było mądrą decyzją. Mieli wiele do przedyskutowania bez świadków. Major Carter próbowała nawiązać rozmowę z Dianem i w ten sposób odwróciła jego uwagę od O'Neilla. Robiła tak już w kilku sytuacjach, po tym jak dowiedziała się o jego zamiarze. - Skoro tak mówisz, kolego - O'Neill wzruszył ramionami. Jego P-90 był przewieszony przez pierś. Spojrzał ukradkiem na Major Carter i Diana zadowolony, że nie zwracają na jego uwagi, szepnął: - Hej Teal'c, z Carter wszystko w porządku? - Dlaczego pytasz? - Wydaje się jakaś inna, tak mi się zdaje. - Nie ma niczego niezwykłego w jej zachowaniu. Spojrzał na mnie powściągliwie, ale potem ciężko westchnął: - Być może to tylko moje wrażenie. Musiałem powstrzymać uśmiech, gdy odpowiedziałem: - W rzeczy samej. >>>><<<< Z punktu widzenia Jack'a - W rzeczy samej. Co to ma znaczyć? Psiakrew Teal'c, jesteś ślepy czy co? Zawsze, kiedy Sam podchodzi do mnie i Diana, to mnie ignoruje a rozmawia z nim. Więc nie można powiedzieć, że w tym nie ma nic dziwnego. Ponieważ to jest wyraźnie, jasno i rażąco nie w porządku. Czy kiedykolwiek się zdarzyło, by "ona była zazdrosna"? Albo czy starała się bym wypił piwo którego naważyłem? Teraz przypuszczam, że rozumiem, dlaczego czuła się ignorowana. To nie podobne do niej by robiła to celowo. Zawsze była zainteresowana nową technologią a Dian jest jednym z wiodących naukowców Duniana. Nie mógłbym nadążyć za ich rozmową, zbyt wiele trudnych słów i technicznego żargonu przelatuje dokoła. Naprawdę muszę z nią porozmawiać, jak tylko będę miał okazję. Nie chciałbym stracić z tego powodu jednego z moich najlepszych przyjaciół. *** CZĘŚĆ 3 Z punktu widzenia Sam Jonas, jesteś "zimnym" trupem. Choć zważywszy na moją sytuację powinnam myśleć o czymś innym, poza śmiercią, która wkrótce spotka Jonasa, ale nie mogę się powstrzymać. To była pierwszy rzecz, jaka przeleciała przez mój umysł: Jonas jest martwym facetem. Och, tak Jonas. Właśnie czekasz, aż dostanę cię w swoje ręce. Wiem, myślisz, że jesteś w tej chwili bezpieczny milion lat świetlnych ode mnie. Ale kiedy wrócę przez wrota, pokażę ci, że jestem o wiele "wiele" bardziej przerażająca, niż kiedykolwiek Pułkownik mógłby być. Upewnię się, że będzie ci bardziej przykro, niż możesz przypuszczać. - Samantha - głos Diana przerwał mi moje przesyłanie mentalnych groźby młodemu Kelownaninowi. Jego prawa ręka nadal obejmowała moją lewą rękę, jego oczy były wpatrzone czule w moje. - Co myślisz o tym? Oops, wiedziałam, że mam lepsze rzeczy do zrobienia niż odgrażanie się Jonasowi. - Uhm - odpowiedziałem wymijająco, podczas gdy usiłowałam wyrwać swoje ręce z jego rąk. Początkowo nie chciał ich wypuścić i wzmocnił uścisk, ale, gdy szarpnęłam gwałtownie kilka razy, w końcu puścił. Był zmieszany moim sposobem postępowania. Mogłam to wyczytać wyrazu z jego wyrazu twarzy. Boże, czułam się jak idiotką, przecież nie miałam zamiaru go zranić. Och na miłość boską, kogo ja chcę nabrać? Sprowadziłam to sama na siebie, ściągnęłam, myśląc o tym, praktycznie prosiłam się o to, by kłopoty mnie znalazły. Ojej Sam, gratulacje. Nawet nie spostrzegłaś jak nadchodzą, nieprawdaż? Tak zostałaś wplątana w swoją "misję" uczynienia Pułkownika nieświadomym, co się dzieje, ale widocznie twój plan zawiódł. Wspaniała zabawa . - Ehm - ktoś odchrząknął. O cholera, jak mogłam zapomnieć, że on także jest tutaj? Głupia, głupia, idiotka, tępa Sam. Oczywiście Pułkownik musiał tutaj być, nieprawdaż? Oczywiście musiał być świadkiem tego wszystko, nieprawdaż? I "oczywiście" musiał usłyszeć każde jedno słowo, które Dian do mnie powiedział, nieprawdaż? Czy już mówiłam, że Jonas jest martwy? Nerwowo gryzłam swoją dolną wargę, zanim w końcu odwróciłam się od Diana i popatrzyłam na Pułkownika. Wiercić się przez swoją serwetę ponieważ jedliśmy we trójkę obiad w domu Diana. To był nasz ostatni dzień na Dunianie. Nazajutrz mieliśmy zaplanowany powrót na Ziemię. Pułkownik i Dian usiedli po przeciwnych stronach, a ja usiadłam między nimi. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Naprawdę nie wiedziałam. Przypatrywałam mu się ostrożnie, ale unikał jakiegokolwiek kontaktu wzrokowego, wybierając w zamian gapienie się w swoją szklankę. Był tak samo zakłopotany, jak ja. Za wszelką cenę pragnęłam, by coś zrobił. Na przykład by pozwolił pojawić się swojemu ego mężczyzny alfa i powiedział Dianowi, żeby spadał, by porwał mnie w swoje ramiona i pocałował zachłannie. Wystarczyła myśl o tym, by moja krew popłynęła szybciej niż normalnie. To ja, czy tutaj zrobiło się gorąco? Nie, nie, nie waż się marzyć o takiej sytuacji! Będziesz miała później dużo czasu, by to robić. - Sir - zawołałam go delikatnie, mając nadzieję, że spojrzy na mnie. I on to zrobił. Było coś w jego spojrzeniu, co spowodowało, że wstrzymałam oddech. On był zazdrosny. TAK! TAK! TAK! Ehm, przepraszam, trochę mnie poniosło. Chciałam powiedzieć, że strasznie się cieszę, że pokazał swoje emocje. Nieważne, jak krótko to trwało, nieważne, jak nikłe to było, nieważne, jak mało znaczące wydawało się to innym. Byłem z tego bardziej niż zadowolona. Kiedy potrzeba powietrza stało się nieznośna pozwoliłam swoim płucom podjąć ich działalność, ale wcześniej szczerze się do niego uśmiechnęłam. Tym rodzajem uśmiechu, który przychodził mi naturalnie, gdy on był w pobliżu. Najpierw wyglądał na zdumionego, ale potem kąciki jego ust uniosły się nieznacznie. - Carter, to nie jest uprzejmie trzymać mężczyznę oczekującego na odpowiedź tak jak ty teraz, wiesz. He? I to było wszystko? Aby być szczerą, oczekiwałem od niego czegoś więcej. A gdzie jego pokaz krewkiego samca? Westchnęłam w myśli. Mniejsza o to, powinnam wiedzieć, że mimo wszystko nie mógł i nie powinien okazywać uczuć. To przecież jest "ten" Pułkownik. - Samantha - Dian ponownie próbował przyciągnąć moją uwagę. Powoli obróciłam się twarzą do niego. Ponownie westchnęłam, wciąż w myślach. Naprawdę muszę teraz staranniej dobierać słowa, ponieważ nie chciałam zranić go bardziej niż to już zrobiłam. Tu mi się nie udało. - Dian - powiedziałam ostrożnie - Schlebia mi to, ale nie myślę by to miało sens. - Dlaczego? - Ponieważ... - mogłam wyobrazić sobie "jeden" dobry powodu, ale niestety nie mogłam powiedzieć tego głośno - Cóż, przede wszystkim jesteśmy z różnych planet a ja nie mogę utrzymywać związków długodystansowych. Nie było to całkiem sensowne wyjaśnienie, ale powinno na razie wystarczyć. Diana to jednak nie powstrzymało. - Nasze planety zamierzają się zaprzyjaźnić, a z pomocą Gwiezdnych Wrót odległość jest bez znaczenia. Dobry argument. Ale nie było możliwości, żebym miała zamiar się zgodzić . - Po drugie, lubię swój tryb życia - Z Pułkownikiem obok mnie, chociaż nie mogę go mieć w sposób w jaki naprawdę chciałam - Naprawdę nie szukam teraz związku. - Związki nie są czymś, czego się szuka, to jest coś, co przychodzi niespodziewanie i wszystko, co musisz zrobić to skorzystać ze sposobności, która została ci dana - naciskał. Jego brązowe oczy bacznie wpatrywały się we mnie. Poczułam się nieswojo. Zaryzykowałam zerknięcie w kierunku Pułkownika. Cóż, zauważyłam ten kawałek z " przychodzi nieoczekiwanie", ale nie mogłam skorzystać ze sposobności. Zamknęłam na chwilę oczy a kiedy je otworzyłem wiedziałam, że muszę powiedzieć mu prawdę. - Dian - wzięłam głęboki oddech - Nie mogę. Mam już kogoś wyjątkowego. Jego oczy rozszerzyły się. Widać w nich było zdziwienie i rozczarowania. - Przepraszam - dodałam. - Nie, proszę, nie przepraszaj - potrząsnął głową dając mi do zrozumienia, że to jest nie ma pretensji - Byłem w błędzie. Niemądrze sądziłem, że ktoś tak inteligentny i piękny jak ty miałby coś do mnie czuć - uśmiechnął się ze smutkiem i wstał z krzesła - Proszę, kontynuuj swój posiłek, potrzebuję trochę czasu by się pozbierać. Opuścił jadalnię i zniknął w jednym z prywatnych pomieszczeń. Och Boże, naprawdę czuję się jak idiotka. Byłam tak przekonana, że wiem co się dzieje, że przesłoniło mi to prawdziwy obraz sytuacji. To nie różniło się od wejście na pole minowe z zawiązanymi oczami. Zwiesiłam głowę ze wstydu i gapiłem się na swój na wpół niedojedzony talerz. - Hej - poczułam dłoń na ramieniu. Och. Tak. Pułkownik był tutaj przez cały czas. Czy twoi rodzice kiedykolwiek złapali cię ze środkami antykoncepcyjnymi w twojej szufladzie? Więc, czułam się jak wtedy, tylko to było gorsze. Nie mogłam spojrzeć mu w oczy. Nie teraz. Och, jak bardzo pragnęłam być gdzieś daleko, daleko stąd, sama. - Trzęsiesz się - jego łagodny głos był kolejną katuszą do mojego samopotępienia. Nie zdawałam sobie sprawy, ze się trzęsę. Psiakrew, jestem przecież silniejsza, co było ze mną nie tak? - Wszystko w porządku - odpowiedziałam cicho. >>>><<<< Z punktu widzenia Jack'a Wszystko w porządku - wyszeptała prawie niesłyszalnie. Jak diabli. Nie chciała spojrzeć na mnie i cały czas drżała. Wiedziałem, że nie było w porządku, a ona nie ufa mi wystarczająco by powiedzieć mi prawdę?. Ale to przecież cała Carter, nieprawdaż. Musiała być cały czas silna i oczywiście udawać, że wszystko było ok. Oboje wiedzieliśmy, że nie musiała przede mną udawać, ale Carter taka już była. I o dziwo to powodowało, że bardziej ją uwielbiałem. To spowodowało, że pragnąłem jej jeszcze bardziej. I to zachowanie przypomniało mi, że jest "nietykalna", przynajmniej dla mnie. Popatrzałem na swoją rękę, która nadal spoczywała na jej ramieniu. Miałem trzy możliwości co z nią zrobić. Pierwsza, zabrać ją. Nie akceptowalne, nadal chciałem i w pewnym sensie potrzebowałem kontaktu. Druga, pozwolił jej tam pozostać. Ale to nie było dla niej wystarczającym pocieszeniem. Więc ... jedynie pozostała trzecia opcja. Wcześniej już to wiedziałem. Przeniosłem rękę na jej plecy i przyciągnąłem moją major do siebie. Nawet nie wiem kiedy wstałem z krzesła. Wszystko co wiedziałem to, że miałem ją w swoich ramionach. Siedziała nadal, a jej głowa spoczywała na moim brzuchu. Początkowo zesztywniała i próbowała odepchnąć, ale nie pozwoliłem jej na to. Zaczęła się odprężyć, a jej dłonie chwyciły brzeg mojej bluzy. Mogłem wyczuć jej oddech przez warstwy swojego ubierania. Trzymałem ją. I to było najwspanialsze uczucie, jakiego doświadczyłem od dawna. Musiałem oprzeć się chęci gładzenia jej po włosach i plecach. Jako przyjaciel nie mogłem tego zrobić. Nie, nie mogłem tego zrobic. Oferowałem jej pociechę jako przyjaciel. Nie mogłem zawieść jej zaufania. Ona była warta dużo więcej. Nie wiedziałem jak dużo czasu tak spędziliśmy i nie dbałem o to. Czułem jak powraca jej opanowanie. - Dziękuję - powiedziała, gdy przestała drżeć. Chyba nie była zakłopotana tą sytuacją, więc nadal ją przytulałem. - Nie ma sprawy - przyciągnąłem ją trochę bliżej. Wypuściła moją bluzę z uścisku i luźno otoczyła moją talię swoimi rękami. - Zachowujemy się jak idioci - zachichotała z lekką drwiną. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Odkąd przybyliśmy na Dunian, zachowywała się inaczej niż zwykle. Wydawała się być zainteresowana wszystkim, co powiedział Dian i ciągle go o coś pytała. Jeśli on pomyślał, ze jest nim zainteresowana, to nie mogłem go winić, ponieważ ja miałem podobne wrażenie. Ciężko było patrzeć na nią w tej chwili. Trudno było przyznać, że ktoś mógłby tak bardzo przyciągnąć jej uwagę. Ale gdy przyjrzałem się jej dokładniej zauważyłem, że kiedy patrzała na niego w jej oczach nie było żadnej iskierki, nie posyłała mu szczerego uśmiechu. To wyglądało tak, jakby była zmuszona była z nim rozmawiać. I to mnie wprawiło w zakłopotanie. Ale przecież czy nie wszystko, co miało z nią związek nie wprawiało mnie w zakłopotanie? - Hej, czy ten ktoś specjalny to przypadkiem nie Jonas? - nauczyłem się już dawno temu, że najlepszą metodą, by ją rozweselić było po prostu bycie "sobą", sarkastycznym Pułkownikiem z dziwnym poczuciem humoru. Zachichotała, wow, to trochę połaskotała mój żołądek, to było właściwie całkiem przyjemne doznanie. Wiedziałem, kto był "tym kimś specjalnym", przynajmniej miałem nadzieję, że się nie mylę. Ale wiedziałem także, że ona nie powie tego na głos. - Nie chichocz, Majorze - ostrzegłem ją, wiedziałem, że czuje się już lepiej. - Przepraszam, Sir. To przez to - przerwała na chwilę, by wziąć oddech - że ze wszystkich na Ziemi wybrał pan Jonasa. - jej uśmiech był niemal namacalny. - Cóż, lubicie się, nieprawdaż? - Nie po tym - w jej odpowiedzi był cień rozdrażnienia. Hę? Co ona miała przez to na myśli? Czekałem na dalsze wyjaśnienia, ale nic więcej nie powiedziała. Przypuszczam, że będę musiał poczekać na rozwój wypadków. - Więc... a zatem kto to jest? - spytałem ją ponownie gdy weszliśmy na naszą zwykłą płaszczyznę bezpiecznego flirtowania (wymyśliliśmy to z powodu naszej sytuacji) i przyjacielskiego przekomarzania się. - Dlaczego chce pan wiedzieć? - drażniła się ze mną w oczekiwaniu na moją reakcję, byłem tego pewny. - Dobrze, jesteś w moim zespole i powiem pani "Majorze", że nikt nie miesza się do moich "dzieci". Muszę rozmawiać z nimi jak równy z równym. - Jestem pana dzieckiem, tak? - była rozbawiona. Uśmiechnąłem się. - Tak, jesteś. - Dobrze, a zatem powodzenia. Nie podobało mi się, że ona powiedziała to tak obojętnie. - Powodzenia w czym? - W prowadzeniu rozmowy, jak równy z równym, z moim "specjalnym kimś". Popatrzyłem w dół na burzę krótkich blond włosów, które należały do mojej Major. - I, któż to może być? Uniosła głowa, by spojrzeć mi w oczy, jej podbródek spoczywał tuż pod moją klatką piersiowa. Na jej twarzy była wypisana psota i wyraźny szeroki uśmiech. - Teal'c. >>>><<<< CZĘŚĆ 4 Z punktu widzenia Jonas'a Uff. Teraz rozumiem, dlaczego Sam był taka chłodna, gdy wróciła z podróży. Ignoruje mnie, ale zachowuje się naprawdę bardzo uprzejmie. To mnie wkurza. Nawet Pułkownik nie miał pojęcia, o co jej chodzi. - Więc, Jonas - spytał mnie ze znużeniem Dian - masz jakiś pomysł, kim jest ten facet? Jedliśmy razem lunch w kantynie. Liliana, która oznajmiła, że to jest jej ulubione miejsce w całym kompleksie, też dołączyła do nas. Przyszli też Byan i Kian, dwaj inni Dunianie. To był ich ostatni dzień na Ziemi, za parę godzin wracali do domu. Muszę przyznać, że Dunianie są bardzo otwarci w okazywaniu uczuć. Nie wyobrażałem sobie, abym w publicznym miejscu jak to, mówił o tym jak kobieta mnie odrzuciła. Ale oni mówią o tym, jak gdyby mówili o programie telewizyjnym. Trzy pary oczu były skupione na mnie, czekając na moją odpowiedź. Tylko Liliana patrzyła na swoje ciastko jeżynowe, które Sam kupiła w kawiarni poza SGC. Liliana gapiła się na dziwnie ukształtowane ciastko, dopóki Sam go jej nie odstąpiła. Rzecz jasna czarnowłosa kobieta przyjęła go z wdzięcznością i wpatrywała się w ciastko nie podejmując jak do tej pory żadnych kroków by go skosztować. Ona przeniosła czynność jedzenia na inny poziom. - Uhm ... - jeszcze raz jakie było pytanie? Och tak, kto jest ukochanym Sam. Chwila, Sam nie ma tego jedynego, o ile wiem. A z drugiej strony jej wypowiedz mogłaby zostać zinterpretowana w inny sposób. - Nie wiem. Nie ma mowy, żebym wymienił nazwisko pułkownika, nieważne jak bardzo ono pasowało jako odpowiedź. Życie jeszcze mi nie zbrzydło, dziękuję bardzo. - Jak to możliwe? - Dian nalegał - Jesteś jednym z jej najbliższych przyjaciół. Na pewno wiedziałbyś o takich rzeczach. Hm...musiałem znaleźć naprawdę dobrą odpowiedź. - Sam jest bardzo skrytą osobą, ma swoje sekrety. Moja odpowiedź zaskoczyła trójkę Dunianów i ma rację ten kto przypuszcza, że Liliany nie była jedną z nich. Kian pierwszy doszedł do siebie. - Dlaczego utrzymuje to w tajemnicy? Z tego co wiem się o Dunianach, oni są bardzo "ekspresyjni" odnośnie swoich uczuć, rozmawiają ze swoimi przyjaciółmi o wszystkim. I kiedy mówię o wszystkim, mam na myśli o wszystkim. Raz nawet zauważyłem, że się rumienię kiedy Byan i Kian dyskutowali w izbie chorych o szczegółach anatomicznych ich narządów płciowych (z uwzględnieniem wszelkich szczegółów odnośnie ich funkcjonowania). Pielęgniarki na dyżurze miały niezły ubaw. Dlatego też Dian nie miał oporów, by oświadczyć się Sam w obecności pułkownika. Odważny facet. - Ponieważ tak chce - odpowiedziałem zgodnie z moją wiedzą - Na Ziemi ludzie mają sekrety. To jest normalne. Trzech mężczyzn kiwnęło głowami ze rozumieniem gdy dotarła do nich treść informacji. - Miałeś rację, czasami łatwo zapominamy, że ona jest obcą - wtrącił Byan. - A co z Pułkownikiem O'Neillem, może coś o tym wiedzieć? - Liliana jak zawsze zachowuje się jak Bogini Chaosu, jej oczy nadal były skupione na ciastku jeżynowym - On znał ją dużo wcześniej od ciebie, nieprawdaż? Ok, teraz naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć. - Być może - powiedziałem niezdecydowanie. To była najbezpieczniejsza odpowiedź, którą mogłem wymyślić. Ta kobieta była niezwykła. Zastanawiam się, kto by wygrał, gdyby Pułkownik i ona stanęli jeden na jednego. Dian wstał z krzesła. - Spytajmy go - Byan i Kian też wstali. Co? Zaczekajcie, chłopcy, nie. Proszę nie. Niestety, nie reagowali na moje ciche błaganie. Przeprosili i poszli szukać Pułkownika. Trzej SF, którzy ich chronili uśmiechnęło się za ich plecami, wiedzieli, że to co się wydarzy dostarczy im niezapomnianych wrażeń. Opadłem na swoje krzesło i głęboko westchnąłem. Co za kanał. Popatrzyłem wściekle na kobietę, siedzącą przede mną. To ona była temu winna. Moje piorunujące spojrzenie w końcu zwróciło jej uwagę oderwała wzrok od ciastka. - Dlaczego powiedziałaś, że Dian był zainteresowany Pułkownikiem? - spytałem ją oskarżycielsko. Uśmiechnęła się niewinnie. - Ponieważ był - znów skierowała uwagę na ciastko. Wzięła je do ręki i przysunęła bliżej swojego nosa. - Nie, nie był. On lubi Sam - odpowiedziałem z irytacją. Wciągnęła z lubością aromat ciastka - Bardzo miły zapach, słodki i kuszący - opisała. Jej zachowanie przypominało kipera oceniającego wino. - Nie wyjaśniłaś, dlaczego powiedziałaś, że Dian był zainteresowany Pułkownikiem - nie zamierzałem odpuścić. Nie ma mowy. Otworzyła leniwie swoje brązowe oczy. - Pułkownik przypomina mu o jego pierwszej miłości - ugryzła kęs ciastka i zaczęła się delektować jego smakiem - Cudowne, wilgotne i pełne smaku. Przypomnij mi, bym zabrała jedno na Dunian. Niewiarygodne, ta kobieta była niemożliwa. Położyła ciastko z powrotem na stole. - Pierwszą miłością Diana był mężczyzna, bardzo podobny do Pułkownika O'Neilla. Nie wyglądem, ale sposobem zachowywania się. Niestety, coś się zdarzyło i nie powiodło się im. Bardzo to przeżył, więc teraz woli kobiety, niż mężczyzn. Byłem zszokowany. - I kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć? - Teraz - odpowiedziała lekko, jak gdyby to nie miało znaczenia. Powinienem zorientować się, że tak będzie. - Dlaczego to robisz? - jęknąłem zirytowany. - Robię co? - spytała bardzo niewinnie. - Wprowadzasz ludzi w błąd - nie było potrzeby, by być dla niej zupełnie uprzejmym. Uniosła brwi. - Ja nie wprowadzam ludzi w błąd - powiedziała. Taa, jasne. A Dian również nie przystawiał się właśnie do Sam. Ale najwyraźniej ona jeszcze nie skończyła. - To "ludzie" którzy źle zrozumieli moje słowa. Nie cierpiałem, kiedy miała rację. >>>><<<< Z punktu widzenia Sam Na dobrą sprawę, Jonas powinien w tej chwili zostać pogrzebany w zimnej i wilgotnej ziemi, z zimnym i prostym nagrobkiem jako jedyne oznaczenie. Ale odkąd zostałam w tym bałaganie przytulona przez Pułkownika, zdecydowałam, że daruję mu jeszcze jeden dzień życia. Ale nie, żebym mu miała za to wysłać kartę z "podziękowaniami". Nie pozwolę jednak, by uszło mu to płazem. Chyba traktowanie go z dystansem powinno załatwić sprawę. W ten sposób poinformuje go, że nie byłam zadowolona z jego nieścisłych informacji. - Major Carter? - ktoś zawołał moje imię. Podniosłam głowę z laptopa i zobaczyłam Lilianę stojącą w drzwiach. - Mam nadzieję się, że w niczym nie przeszkadzam - dodała ostrożnie. Uśmiechnęłam się do niej. - Nie, nie przeszkadzasz. Proszę wejdź. Zapisałam plik i zamknęłam notebook Della. Dunianka weszła do mojego laboratorium, podczas gdy jej opiekun stanął na straży przed drzwiami. - Muszę ci coś powiedzieć - oznajmiła. Wskazałam na jedno z wolnych krzeseł. - Dobrze, ale usiądź proszę. Gdy już usiadła kontynuowałam: - Co mogę dla Ciebie zrobić? - zaplotłam ręce i położyłam je na stole. - Wracamy dzisiaj do domu i muszę powiedzieć, że naprawdę miło spędziłam czas na Ziemi - uśmiechnęła się serdecznie. - Proszę bardzo. My także cieszymy się z waszej wizyty. - Właśnie dlatego nie chciałabym pozostawić przemilczanych spraw. Przyszłam cię przeprosić - jej jasne brązowe oczy strzelały prosto we mnie. Przeprosić - Za co? - byłam zmieszana, przecież nie zrobiła niczego złego. Przynajmniej nic, o czym bym wiedziała. - Za Diana. Co? - A co się stało? - miałam niejasne podejrzenia, że to, co powie, nie będzie dobrą wiadomością. Oparła dłonie o kolano w wytwornym geście. Ta kobieta miała klasę. Była piękna i inteligentna. Jej brwi miały perfekcyjny kształt a wilgotne usta wyglądały kusząco i zmysłowo. Była szczupła a ubrania podkreślały jej zgrabną sylwetkę. Czego ja bym nie dała za takie ciało. Otrząśnij się, dziewczyno. Masz świetne ciało. Tylko nie masz czasu, by się o nie zatroszczyć. I ono jest ukryte pod nieciekawym mundurem polowym. Cholera. - Czy Dian nie powiedział ci na naszej planecie, jakie żywi ku tobie uczucia? Och. To. Nie było sensu zaprzeczać. - Tak, zrobił to. Liliana i Dian znali się od dziecka i byli najlepszymi przyjaciółmi. Na pewno wyżalił się przed nią, że złamałam mu serce (nie był to dla mnie powód do dumy). - Ale co to ma wspólnego z tobą? - Wykorzystałam cię - jej szczerość zaskoczyła mnie. - Wykorzystałaś mnie? Naprawdę tego nie rozumiem. Jak ona mnie wykorzystała? Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. I wtedy jej perfekcyjne różowe usta wyjaśniły mi wszystko. Włącznie ze szczegółami, których naprawdę nie chciałam i nie potrzebowałam wiedzieć. I zrozumiałam *wszystko*. Kiedy skończyła swoje opowiadanie stwierdziłam, że gapię się na nią. Powinnam chyba coś powiedzieć. o znaczy myślę, że to było niegrzeczne nie skomentować tak dziwacznej historii jak ta. Ale miałam pustkę w głowie. Liliana czekała cierpliwie aż dojdę do siebie. Boże błogosław ... ją, potrzebowałam tego czasu. >>>><<<< Z punktu widzenia Teal'ca To było takie niezwykłe pytanie. Mężczyźni z Duniana stali przede mną czekając na odpowiedź. Zniosłem to doskonale, stałem prosto i ręce miałem złożone na plecach. - Obawiam się, że nie mogę zawieść zaufania Major Carter, jakie pokłada we mnie. Byli zawiedzeni, ale nie mogłem podzielić się z nimi wiedzą. Najpierw szukali O'Neilla, ale nie mogli go znaleźć. Zapytali więc mnie. - Rozumiem - Dian był przygnębiony - Nie mylę się przyjmując, że Pułkownik O'Neill także nie udzieliłby nam odpowiedzi? - Istotnie - potwierdziłem pewnie jego przypuszczenie. Kian położył rękę ramieniu Diana, by udzielić mu wsparcia. - No już, Dian. Nadal mamy dużo do zrobienia. - nieudolnie próbował odwrócić uwagę przyjaciela od tematu. Dunianie byli dobrymi ludźmi, którzy cenili przyjaźń i lojalność. Dostąpiłem zaszczytu uważania ich za swoich przyjaciół. Byan dodał: - Tak, nadal musimy się pożegnać z żołnierzem na poziomie 22 i pielęgniarkami w ambulatorium. Byli też bardzo uprzejmi, zaprzyjaźnili się ze wszystkimi, kogo spotkali. Znali prawie cały personel SGC po nazwiskach. Wszyscy bardzo ich lubili. - Dziękujemy za twój czas, Teal'c - powiedział Dian i wraz z towarzyszami opuścił mój pokój. Patrzyłem za trzema odchodzącymi mężczyznami. O'Neill dokonał bardzo interesującej obserwacji. Powiedział, że Dunianie byli w "działce nazywania się" jak Rosjanie. Nazwisko Rosjanina kończyło się na -ov, jak Chekov, Zuckov i tak dalej, podczas gdy męskie Dunianów miały na końcu -an, tak jak Dian, Kian i Byan a żeńskie miały -ana, jak Liliana. Major Carter była pod wrażeniem. Powiedziała, że wcześniej tego nie zauważyła. A jej komplement ucieszył go. Przypuszczam, że pułkownik będzie teraz ciągle próbował zasłużyć na jej uznanie. >>>><<<< Z punktu widzenia Jack'a To było dziwne. Znalazłem ją w jej laboratorium. Siedziała na stołku i gapiła się na punkt na ścianie. Stanąłem za nią i próbowałem popatrzeć w miejsce, na które ona spoglądała. Nic tam nie było widać, więc musiała po prostu być zamyślona. Nie w sensie naukowego "rozmyślania", ale rozmyślania "rozmyślania". - Carter - potrząsnąłem jej ramieniem. Poderwała się zaskoczona i odwróciła się. - Sir - była podenerwowania ponieważ właśnie złapałem ją na marzeniu na służbie. Co za wspaniały materiał na szantaż. - Co się dzieje? - spytałem ją i usiadłem na stołku. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamknęła je. - Nic - kłamała. - Wyduś to z siebie, Majorze - powiedziałem tonem, który mówił, że nie zadowolę się taką odpowiedzią. Zagryzła dolną wargę. Jej zdenerwowanie tą sytuacją było widoczne. - Liliana mnie odwiedziła mnie w laboratorium... i powiedziała mi coś... szokującego. Uhu - Co? Popatrzyła na mnie nieswojo. - Jak to umyślnie spowodowała, bym uwierzyła, że... - przerwała zawstydzona i spuściła głowę by nie patrzeć mi w oczy - Carter - łagodnie nalegałem, by powiedziała - Spowodowała, że w co uwierzyłaś? Wymamrotała coś niewyraźnie. - Carter. Chciałem wziąć jej podbródek i unieść jej głowę, aby popatrzyła mi w oczy, ale to nie był odpowiedni czas ani miejsce. Kamera bezpieczeństwa była naszym niemym świadkiem. - Nie dosłyszałem, co mówiłaś. Znów mamrotała. Westchnąłem sfrustrowany. - Majorze, mów głośno. Na wspomnienie swojego stopnia przechyliła głowę i wyrzuciła z siebie: - Że Dian zalecał się do pana. Nagle wszystko zaczęło się wyjaśniać. Jej dziwna prośba, by pójść ze mną na Dunian, jej przebywanie w pobliżu Diana, gdy tam byliśmy, jej niezwykłe zachowanie ostatnio, jej zdenerwowanie, kiedy go odrzuciła. Ona zrobiła to wszystko dla mnie. Wow. - Upewniałaś się, że on nie zrobi niczego względem mnie - stwierdziłem na głos. Zauważyłem delikatny rumieniec na jej policzkach. - Tak. Musiałam ochronić swoją drużynę, Sir. Och, drużynę hę? - To znaczy, zrobiłabym to samo, jeśli na pańskim miejscu byłby Jonas lub Teal'c - wyraźnie próbowała zapobiec być nie popadł w zadufanie Za późno. Po tym, jak powiedziała słowo "tak", postanowiłem zignorować resztę jej wypowiedzi. Uśmiechnąłem się szeroko. - Wiedziałem - postanowiłem jej powiedzieć. Popatrzała na mnie z zaskoczeniem. - Wiedziałem o zainteresowaniu Diana mną. Powiedział mi. Jej niebieskie oczy rozszerzyły się a wargi rozwarły się nieznacznie. - Wiedział pan? - szepnęła zaskoczona. - Tak. Powiedział, że przypominam mu kogoś, kogo kiedyś znał. Bardzo bliskiego znajomego. Wyraźnie dał do zrozumienia, że nie chce się związać ze mną, ale chciałby mnie lepiej poznać - wyjaśniłem jej - Nie był zainteresowany mężczyznami. Miał kiedyś nieprzyjemne doświadczenie i pozostał mu uraz. Sam nagle zamilkła, zbyt nagle, jak na mój gust. Zdecydowałem się przerwać ciszę. - Dzięki Carter. Mina jej zrzedła. - Za co? Że zrobiłam z siebie idiotkę? - nadal nie mogła sobie wybaczyć tego, jak zachowywała się na Dunianie. - Za "ochranianie" mnie - wpatrywałem się w nią. Wiedziała, że jeśli ta sprawa z Dianem kiedykolwiek wyjdzie na jaw, będę czuł się zakłopotany i Bóg wie kto mógłby wykorzystać tą informację przeciwko mnie. - Nie potrzebował pan opieki - odpowiedziała ostro. - Nie ma znaczenia, czy potrzebowałem, czy nie. Ważne jest, że ty tam byłaś, dla mnie - wziąłem ją za rękę - Czy potrzebuję tego, czy nie, ty zawsze tam dla mnie jesteś - głaskałem czule jej dłoń - Dzięki. I po raz pierwszy, odkąd wszedłem do tego pokoju, uśmiechnęła się. Nie uprzejmym uśmiechem, którym obdarzyłaby swojego kolegę naukowca, nie zimnym uśmiechem, którym obdarzyłaby NID i Goa'ulda, nie udawanym uśmiechem, którym obdarzała Diana, ale serdecznym i szczerym uśmiechem który rozjaśniał jej oczy. Jestem BARDZO szczęśliwym człowiekiem. Odkaszlnąłem. - Więc ... - Więc? - uniosła brew. - Dlaczego Liliana chciała, byś wierzyła, że Dian żywił do mnie uczucia? - chciałem dokończyć rozmowę. Zamrugała. - Och, tak to. Cóż, w zasadzie wiedziała, że Dian zakochał się we mnie i ja go odrzucę. Proszę nie pytać mnie skąd wiedziała, po prostu wiedziała. Powiedziała, że jest bardzo spostrzegawcza i potrafi czytać w ludziach - wzięła oddech. - Chciała dać Dianowi nauczkę. - Nauczkę? - dlaczego? - Tak. Powiedziała, że ma już dość jego uprzedzenia do mężczyzn. - Uprzedzenia? - ta rozmowa do niczego nie prowadziła. -Dian nie chciałby chodzić z mężczyzną, nawet nie chciałby tego rozważyć. - Więc? - co było w tym nie w porządku? - Więc, chciała pokazać mu, że kobieta może złamać mu serce równie dotkliwie, jak to zrobił mężczyzna. - Nie widzę związku - dlaczego Liliana miałaby się tym przejmować? - Sir, Liliana podobała mu się od dziecka. - Nadal nie widzę związku - ukochana z dzieciństwa, wielka mi rzecz, u siebie też to mamy. Ale nadal tego nie rozumiem. - Liliana wcześniej nazywała się Lilian. A więc, byłem bardzo zadowolony, że kilka dni temu podniosłem zależność w "działce nazywania się ". W ten sposób ta rewelacja przeszła mniej szokująco niżby to mogło być. - Och - to było wszystko, co zdołałem powiedzieć. Przyglądała mi się ostrożnie. Milczeliśmy oboje. Teraz rozumiem dlaczego kiedy wcześniej ją znalazłem gapiła się na nieistniejący obiekt na ścianie. Miała dużo do "przetrawienia". Liliana nie wyglądała jak "on", ale hej "on" był obcym, który żyje w "energicznej" społeczności . Oni muszą mieć technologię do ... procedur transformacji. Przecież nawet na Ziemi można za pomocą operacji i zastrzyków hormonalnych dokonać "transformacji", prawda? Och psiakrew, ale tak czy inaczej to nie był mój interes. W żadnym wypadku. Tym bardziej, ze zaraz mieli wrócić na Dunian. Ich pobyt na Ziemi dobiegł końca. A jeśli o nich mowa, - Jeśli to, co powiedziałaś jest prawdą, to nie powinniśmy pozwolić Teal'cowi i Jon... - zatrzymałem się na chwilę. Wydarzenie w pomieszczeniu wrót przed odejściem Dunianów rozgrywało się w moich myślach. - ...a może nie. W oczach Carter był triumf, zdecydowanie nadchodziły kłopoty. - Och tak Sir, powinniśmy dać im znać - uśmiechała się diabelsko w tym momencie. - Naprawdę myślisz, że to jest dobry pomysł, Carter? - nie mogłem powstrzymać się od próby zniechęcenia jej - Jonas może po tym nie dojść do siebie. Wzruszyła ramieniem. - Proszę się nie przejmować - wstała i zamierzała chyba iść go szukać. - Ale Carter... - próbowałem przemówić jej do rozsądku. Jonas zaczął mi się coraz bardziej podobać. I by być uczciwym, chcę aby mój zespół był w doskonałej kondycji. Powiedzenie tego Jonasowi może naruszyć jego zdrowie psychiatryczne. Ale nie słuchała mnie. Gdy dotarła do drzwi laboratorium, odwróciła się do mnie twarzą. - Idzie pan? - A co się stało z twoim "ochranianiem" drużyny? - To zupełnie coś innego - nie była łatwo ją od tego odwieść. - Jak to co innego? - ja nie widziałem różnicy - Ponieważ to nie pana Dian pocałował na do widzenia. * Koniec * Copyright by Blue Topaz, 2003, Corrected by 121277
Login:
Hasło: