Nowa gra w świecie Stargate! [wideo]

Wytwórnia MGM oraz Arkalis Interactive ogłosili premierę najnowszej interaktywnej gry przeznaczonej na urządzenia mobilne. IGN donosi, że pierwszy epizod gry swoją premierę będzie mieć w marcu 2013 roku. Trailer przedstawia śliczne animacje z bardzo realnymi podobiznami całej drużyny SG-1. Nie jest to co prawda gameplay, co nie zmienia faktu, że filmy... Więcej...

chevron
Fanfic » Zarathos » Fatalne Pomyłki - część 04
[b]TYTUŁ:[/b] Fatalne pomyłki [b]AUTOR:[/b] Jerzy ‘Zarathos’ Jabłoński [b]KONTAKT:[/b] zarathos1@poczta.onet.pl [b]OCENA:[/b] ŻÓŁTA – PG-13 [b]PRAWA WŁASNOŚCI:[/b] TA HISTORIA MOŻE BYĆ DYSTRYBUOWANA BEZ ZGODY AUTORA TAK DŁUGO, JAK DŁUGO NIE WIĄŻE SIĘ TO Z UZYSKIWANIEM KORZYSCI MAJĄTKOWYCH W ŻADNEJ FORMIE. [i]------------------------------- Copyright/Disclaimer Notice ------------------------------- Pełen spis praw własności nie należących do autora zostanie umieszczony na końcu opowiadania. Chciałbym tylko zaznaczyć, że nie jestem właścicielem żadnej rzeczy umieszczonej w tym opowiadaniu, a będącej pod ochroną praw autorskich któregokolwiek ze studiów. Tylko część postaci oraz technologii należą do mnie i biorę za nie pełną odpowiedzialność. TO STWIERDZENIE MUSI POZOSTAĆ W NIEZMIENIONEJ FORMIE PODCZAS DYSTRYBUCJI OPOWIADANIA. ---------------------------------------------------------------------------------------------------[/i] [b]Rozdział 4[/b] [i]Jesteśmy sami we wszechświecie... Nie jesteśmy sami we wszechświecie... Obie możliwości są przerażające.[/i] Aiien stała przed olbrzymim oknem w okrętowej mesie. Widok nadal wprawiał ją w zachwyt. Na ludzkich okrętach nie było okien. Zresztą, nawet jakby były, można by najwyżej pooglądać czarno-czerwoną pustkę... pociągnęła łyk gorącej czekolady. I jak przy poprzednich czterech łykach, i przez ostatni pięć dni, nie mogła wyjść z podziwu. Była na okręcie wojennym i piła czekoladę! Gorącą, słodką, aromatyczną czekoladę. Ze wszystkich cudów, jakie zobaczyła na tym okręcie, ten jeden nadal wprawiał ją w zdumienie. No bo jak wyjaśnić fakt, że mogła w każdej chwili wejść o mesy i poprosić kucharza (cywila na dodatek!) o dowolny napój czy jedzenie. Żadnych limitów, konserw. Świeże, wspaniałe jedzenie. W czasie dwóch latach walki z Minbari poza okrętami spędziła może miesiąc. Zdążyła przyzwyczaić się do racji żywieniowych, ale nie polubiła ich ani trochę. Teraz odbijała sobie za wszystkie czasy. Dopiła czekoladę i podeszła do baru. Kucharz z uśmiechem zabrał od niej kubek i zniknął na zapleczu. Po chwili powrócił z następnym - Na koszt firmy, m’am. Specjalna mieszanka. Miło spotkać kogoś, kto lubi gorącą czekoladę. - Dziękuje, szefie – skinęła głową i pociągnęła łyczek. Napój był gorący i gęsty niczym smoła. I przepyszny. Aiien wyczuła miętę, cynamon i kardamon. I parę innych rzeczy, których nie potrafiła rozpoznać. To jednak przestało mieć znaczenie z następnym łykiem. W końcu oderwała się od kubka i szeroko uśmiechnęła – Jest pyszne. Może uda mi się wyłudzić od pana przepis? - John – podał jej rękę – wszyscy tak na mnie mówią. - Aiien – odwzajemniła uścisk i jeszcze raz skinęła głową. John przeprosił ją i podszedł do stolika, przy którym usiadła para ludzi... nie. Człowiek i jakaś kobieta z plamkami na skroniach. Nie wiedzieć dlaczego Aiien była przekonana, że to nie tatuaż. Skrzywiła się mimowolnie. Idea obcych we flocie ludzi zadomowiła się w jej umyśle. Ostatecznie, co jedna ludzka kolonia mogłaby sama poradzić, bez sojuszy. Ale łączenie się ludzi z obcymi... - Nadal te ksenofobiczne uprzedzenie – znajomy głos wyrwał ją z zamyślenia. - Kapitanie. – skinęła głową wściekła, że znów dała się złapać. Ludzie żyli tu w innych warunkach. Kim ona była żeby ich oceniać. Szczególnie z pozycji jeńca. - Kapitanie? – John podszedł do nich - Daj mi trochę, wiesz czego. – John uśmiechnął się i zanurkował pod blat. Mała dębowa beczułka aromatycznej orzechówki była publicznym sekretem numer jeden na okręcie. Oficjalnie regulamin zabraniał przewożenia, a co dopiero picia prawdziwego alkoholu na okrętach wojennych Floty Gwiezdnej. Jednak kapitan ignorował akurat ten punkt regulaminu. Załoga zresztą nie miała mu za złe, bo pozwalał korzystać z jego zapasów w celach ‘medycznych’. No i pozwalał w zamian za przymykanie oka na jego dziwactwa, mieć członkom załogi swoje własne małe tajemnice. Jeden raz tylko pewien służbista chciał przekonać go, że łamie regulamin. Wleciał z okrętu szybciej niż na niego trafił. Teraz kapitan chwycił karafkę, do której John nalał trochę orzechówki i dwa kieliszki i skinął w stronę jednego z wolnych stolików. Aiien chcąc nie chcąc poszła za nim. Usiedli i kapitan nalał trochę wódki do kieliszków. Aiien nie była wojującą abstynentką, ale alkohol na okręcie wojskowym? Mimo to wypiła to, co kapitan jej nalał. I nie miała czego żałować. Wódka była pyszna. Po chwili kapitan przerwał milczenie - Za parę godzin będziemy na orbicie. I każde z nas pójdzie własną drogą. Ciekawe, czy się jeszcze spotkamy. - A chciałby pan? – zapytała ciekawie. On spojrzał na nią uważnie i szelmowsko się uśmiechnął - Po tym pokazie w pani baraku... - Świna – odpowiedziała, ale jednocześnie nie potrafiła opanować uśmiechu zadowolenia. Po tych wszystkich walkach jej ciało poznaczone było setkami blizn. Instynktownie cieszyła się, że może się jeszcze komuś podobać. Kapitan odpowiedział jej uśmiechem. Potem odwrócił się do okna - Piękne, nieprawdaż? – Aiien także zerknęła i poczuła, że tak jak przed paroma minutami, nie może oderwać oczu od tęczowych kreseczek przesuwających się powoli za szybą... Trzy godziny później Rogue wyszedł z warp na orbicie Układu Słonecznego. Potężne silniki impulsowe popychały go w stronę błękitnej planety z prędkością prawie połowy prędkości światła. Wspomagane przez napęd warp miały zanieść okręt na orbitę Ziemi w ciągu piętnastu minut. Kapitan Styczyński zadzwonił do drzwi Teer. Po chwili rozsunęły się, wpuszczając go do środka. Położył na ławie pakunek zawinięty w szaro-błękitny papier - Prezent od załogi. Chcieliśmy dać pani coś innego, ale Pierwszy uznał, jak zwykle słusznie, że z tego ucieszy się pani najbardziej. Aiien zaciekawiona podeszła do ławy i rozwinęła pakunek. Kapitan mimowolnie uśmiechnął się widząc jej minę. Wyglądała jak dziecko oczekujące wielkiego kawałka czekolady. Nie spodziewał się jednak jej reakcji. Gdy w końcu odsłoniła zawartość, zamarła na chwilę. A potem rozpłakała się. Zmieszany kapitan podszedł do niej i oparł jej rękę na ramieniu - Przepraszam nie spodziewałem się, że... – pokiwała głową, że nic się nie stało, jednak nie potrafiła opanować szlochu. Wspomnienia rodziny i przyjaciół, zepchnięte do ciemnych zakamarków umysłu przez wszystkie cuda, jakich ostatnio doświadczyła, napłynęły ponownie. Miała nadzieję, że jeszcze żyją. Że Minbari oszczędza chociaż część z tych, których znała i kochała. Pakunek opadł na podłogę. Poczuła jak Styczyński obejmuje ją delikatnie. Wtuliła się w niego i rozpłakała. Na podłodze leżał niebieski mundur kapitana Sojuszu Ziemskiego... Aiien patrzyła na odlatujący prom, dopóki zupełnie znikł w błękicie nieba planety, która tak bardzo przypominała Ziemię. Potem rozejrzała się dookoła i widząc stojących obok lądowiska Vulcanów w długich, chyba typowych dla ich rasy, strojach podeszła do nich. Trzej Vulcanie podnieśli niemal jak na komendę swoje ręce i rozłożyli palce tak, że tworzyły literę V. Aiien przez chwilę próbowała zrobić to samo, jednak przewodniczący delegacji wybawił ją z kłopotu. Podszedł krok i podał jej rękę. Uścisnęła ją z wahaniem. Obcy uśmiechnął się - Jestem ambasador Spock. To Saavik, moja asystentka i admirał Vareek, dowódca V floty. Witamy w Głównej Siedzibie Floty Gwiezdnej. - Kapitan Aiien Teer, dowódca krążownika Sojuszu Ziemskiego Youth America. Obcy pokiwali głowami zupełnie jakby wiedzieli, o czym mówi. „Wiedzą” – sklęła się w duchu. Mieli YA w rękach. Pewnie przejrzeli wszystkie banki pamięci. - Prosimy z nami pani kapitan. - Dwaj Vulcanie obrócili się i skierowali w stronę wejścia do wielkiego, kremowego budynku. Nad jej głową bezdźwięcznie przemknął dziwaczny wirnikowy pojazd. Wyglądał jak olbrzymi ważka i poruszał się z podobną gracją. Jednak poza tym, nie było prawie widać innych pojazdów. Planeta była cicha i spokojna. Prawdziwy raj. Weszli do budynku, który wyglądał wewnątrz równie sielsko. Drzewka i dziwaczne, olbrzymie kwiaty. Wszędzie beżowy kolor i miękkie dywany. Jednak żadnego przepychu. Żadnych złoceń, cennych obrazów tak powszechnych w rządowych budynkach Sojuszu. Tylko ciepła elegancja. Zupełnie jakby nie zależało im na bogactwie. W końcu dotarli do niewielkiego pomieszczenia, które zidentyfikowała jako salę konferencyjną. Głównie dzięki olbrzymiemu ekranowi, bo cała reszta wyglądała jak luksusowy salon – miękkie fotele i kanapy, szerokie okna z widokiem na gigantyczny ogród wewnątrz budynku. Vulcanie siedli i tylko Spock podszedł do czarnej wnęki wmontowanej w ścianę. - Jak słyszałem, lubi pani czekoladę. Czy może ma pani ochotę na coś innego? - Dziękuję. Czekolada może być. - Komputer, gorąca czekolada i trzy wody, zimne. Wnęka pojaśniała i po chwili zmaterializowały się zamówione napoje. Aiien patrzyła z nieufnością na podany jej napój dopóki nie połączyła nieograniczonego dostępu do jedzenia i picia na Rogue z tym czymś. Wzięła łyk i uśmiechnęła się do Spocka. Wiedziała, że Vulcanie nie wyrażają swoich emocji, ale sądziła, że ambasador zrozumie, co ten uśmiech wyrażał. Nie pomyliła się. Ambasador skinął głową i usiadł również. Przez chwilę wszyscy siedzieli w milczeniu. Aiien miała mnóstwo pytań, ale to był oficjalny pierwszy kontakt i nie miała zamiaru zmienić go w taką katastrofę, jak kontakt z Minbari. W końcu Spock się odezwał - Cóż pani kapitan. Przeanalizowaliśmy pani okręt i jego dane i jest sporo rzeczy do wyjaśnienia między nami. Jestem pewien jednak, że ma pani wiele pytań – Aiien skinęła głową – I pewnie najważniejsze brzmi: Jak mogę wrócić. - Tak – potwierdziła po prostu - Niestety, pani kapitan, to może okazać się trudne. - To znaczy, ambasadorze? - Widzi pani. Nasze... zasady zabraniają nam używania technologii do tego rodzaju podróży. A pani okręt nie przetrwa takiego wojażu. - Takich typów podróży? Macie przepisy zabraniające latania w nadprzestrzeni? - Nie. Ale... – Spock zawahał się – Nie chodzi o odległość. Przepisy Federacji zabraniają podróży, jaką musielibyśmy odbyć, żeby dostarczyć panią do jej... przestrzeni. - Aha – potwierdziła, chociaż nic z tego nie rozumiała – Jestem pewien, że ja i moja załoga zaryzykujemy powrót naszym okrętem. Zakładając, że go nam oddacie. - Oddamy. Doki na Vulcanie powinny zakończyć remont w ciągu miesiąca. – ulga, jaką odczuła Aiien musiała być tak widoczna, że Spock mimowolnie uniósł brew - Dziękuje – uśmiechnęła się serdecznie. Spock skinął głową. NA chwilę zapadła cisza. Vulcański ambasador spojrzał na admirała, który skinął głową. Aiien widząc to poczuła się bardzo nieswojo. - Mam pytanie, na które chciałbym uzyskać od pani odpowiedź, zanim będziemy kontynuować. – powiedział cicho Spock - Słucham? - Gdzie pani jest? - Słucham? – powtórzyła, tym razem ze zdziwieniem - Gdzie pani jest? To chyba proste pytanie? - Tak. Ale skąd mam wiedzieć, gdzie jestem. Na jakieś planecie stołecznej Federacji. - Tak – Spock skinął głową – I nie domyśla się pani jej nazwy? Pokiwała głową, że nie. Nie bardzo rozumiała, do czego ma to prowadzić. - Cóż. Jak myślę, ma pani prawo wiedzieć. To Ziemia. Instynktownie wzruszyła ramionami. Co w tym dziwnego, że ludzie nazwali swoją kolonię, daleko od domu, Ziemią. - Prawdziwa Ziemia – dopowiedział ambasador – trzecia planeta w układzie Sol. - Jaja sobie robicie – nie potrafiła się powstrzymać. Chwilę potem klęła się w myślach za głupotę. - Nie robimy ‘jaj’ – odpowiedział Spock, obeznany z ludzkimi powiedzeniami – To Ziemia. Dla nas to nic nowego. Spotkaliśmy już na znanym nam terytorium parę innych Ziem. Mieliśmy także doświadczenia z wszechświatami równoległymi. Jednak jak mniemam... pani kapitan! – Aiien osunęła się zemdlona na fotel... Pierwszą myślą, jaka zawitała w głowie Aiien po odzyskaniu świadomości było: „Cholerni Minbari. Wreszcie mnie dorwali... przy okazji fundując najdziwaczniejszy „ przypomniała sobie zniszczenie Sharlina „i najprzyjemniejszy sen od dawna” Westchnęła ciężko i otworzyła oczy. Pozbawiona emocji twarz istoty, którą zidentyfikowała jako ambasador Spock powiedziała jej, że to nie był dziwaczny sen. Chwilę później przypomniała sobie jego ostatnie słowa... inny wymiar! Gwałtownie usiadła na łóżku. - Przepraszamy. Sądziliśmy, że jesteście, chociaż częściowo, obeznani z innymi rzeczywistościami. Tym bardziej, że przemieszczacie się w jednej z warstw podprzestrzeni... cóż. Myliliśmy się. – Spock mówił spokojnie, jakby uświadamianie kogoś, że nagle przekroczył barierę między wymiarami było jego codziennym zajęciem – Proszę – podał jej kubek wody. Lekko drżącymi dłońmi ujęła go i pociągnęła łyk. Lodowaty płyn uspokoił ją trochę. - Ambasadorze... jak?.. – chciała zapytać jak mają wrócić, ale bała się odpowiedzi - Jak wrócicie? – skinęła głową – Najprościej byłoby tak jak przylecieliście. Ale jak sama pani wie, wasz okręt przetrwał w zasadzie dlatego, że mieliście dużo szczęścia. Kolejny przelot, nawet w pełni sprawnym okręcie oznaczałby pewną śmierć. A użycie naszego okrętu, przynajmniej bez decyzji prezydenta, jest niemożliwe. Pomijam fakt, że nie wiemy, czy fenomen, który was tu przeniósł, nadal tam jest. - Czyli nawet, jeżeli wir będzie istniał nadal, to nie mam okrętu, który mógłby przetrwać podróż – gorzko stwierdziła. - Owszem – potwierdził Spock. – Cóż. Może na dzisiaj zakończymy. Niech się pani z tym... prześpi, jak to mówią ludzie. Dalszych informacji udzieli pani oficer federacji odpowiedzialny za kontakty z pani rasą. Rada bezpieczeństwa zgodziła się na przyznanie pani praw dostępu do naszych baz danych na poziomie zwykłego obywatela. Pani Saavik zaprowadzi panią do promu. Aż do podjęcia decyzji będzie pani stacjonować na okręcie USS Scorpion. – Spock wstał – Nie wiem, czy jeszcze się spotkamy. Ale zapewniam panią, że dołożę wszelkich starań, żeby mogła pani powrócić do domu. Aiien wstała i zasalutowała opuszczającym pokój Vulcanom. Potem poszła za milczącą asystentką ambasadora. Na lądowisku czekał na nią lekki prom. Aiien ulokowała się wygodnie i po chwili mogła podziwiać widoki. Wszystko, co widziała wcześniej zbladło, gdy zobaczyła doki Marsjańskie. Potężne pająkowate konstrukcje liczone w setkach orbitujące bliżej i dalej Marsa. Od czasu do czasu można było zobaczyć kratownicowy, dok podobny do tych, jakie używane były w Sojuszu. Jednak największe wrażenie zrobiły gigantyczne stacje kosmiczne, jakie rozmieszczone były mniej lub bardziej równomiernie dookoła Czerwonej Planety. Ze stacją wystarczająco dużą, aby pomieścić nawet parę Omeg, w centrum tego olbrzymiego pola. W każdym doku leżał jeden okręt, w różnym stopniu budowy. - Są ich setki – mruknęła cicho Aiien. Pilot ją jednak usłyszał - Skąd. Doków jest sześćdziesiąt pięć. No, ale są jeszcze stacje. Łącznie Utopia Planitia produkuje około dziewięćdziesięciu okrętów miesięcznie. – zmienił kurs tak, aby wiódł w pobliżu największego zgrupowania doków. – Normalnie nie jest tu tak tłoczno, ale po ostatniej wojnie Flota Gwiezdna potrzebuje uzupełnić stany flot. I praca tu, nad Księżycem, na Vulcanie i Andorii wrze. - Ostatnią wojną? - Tak. – pilot zamyślił się... – Przepraszam. Federacja została najpierw napadnięta przez Borg, potem przez Dominium, potem znów przez Borg. W międzyczasie przez Son’a, Klingonów i Romulan. W tych wszystkich mniejszych i większych wojenkach straciliśmy większość jednostek i teraz Flota musi się odbudować... zresztą na dobre im to wyjdzie. - Na dobre? - No tak. Wygraliśmy te wojny. A przy okazji Flota poszła po rozum do głowy i nie buduje już tylko jednostek badawczych, tylko... - Jak to badawczych?! – przerwała gwałtownie Aiien - No normalnie. Od czasów Praxis... znaczy po tym jak sobie Klingonie księżyc wysadzili... no tak mówią. Słyszałem, że ten księżyc wysadził jeden taki pieprznięty pułkownik z oddziałów specjalnych, ale czego to nie mówią... no w każdym bądź razie od początków Federacji jedynym poważnym przeciwnikiem byli dla nas Klingonie. Cała reszta... cała reszta nie dorastała nam do pięt. Po Praxis Federacja podpisała pokój i układ o obniżeniu liczebności flot. A raczej sprawności bojowej. No to zaczęliśmy budować okręty badawcze zamiast wojennych. A jak już wybuchła wojna, to nie mieliśmy czym walczyć. - Ale wygraliście? - No tak – zerknął na nią – i tak jeden nasz okręt badawczy często starcza za jeden okręt wojenny innych ras. Rzecz jasna w swojej klasie. A w niektórych przypadkach za dwa. - A okręt, którym przyleciałam? – pilot popatrzył się na nią – aaa... Rouge. - Rogue ... stary Excelsior, wariant Enterprise. No, co pani, nie dość że badawczy, to jeszcze stary rzęch. - Rzęch? - No tak. Wysłali go na granice klingońską, bo tam spokój i to była ostatnia tura patrolowa. Potną go pewnie na żyletki... o widzi pani – pokazał znajomą sylwetkę – to Excelsior, wariant Enterprise. Modyfikowany do wariantu Lakota. Posłuży jeszcze z dziesięć lat. A to cudo obok to Akira, krążownik, jakiemu nikt normalny w drogę nie wchodzi, tym bardziej... Reszta przemowy pilota umknęła Aiien. Zastanawiała się nad ironią życia. Uciekała najpotężniejszym okrętem, jaki jej rasa zbudowała. A tymczasem uratował ją przestarzały okręt badawczy. Rzęch, który niedługo potem trafił na złom, bo nie nadawał się do służby. Zadrżała... jak potężne więc musiały być okręty wojenne?... - a to Scorpion. Pani nowy dom – popatrzyła naprzód i westchnęła. W jednym z kratownicowych doków spoczywała piękna, wyścigowa wręcz, sylwetka. Dzieliła charakterystyczne cechy ze wszystkimi pozostałymi okrętami – jeden kadłub w kształcie spodka, chociaż tutaj wydłużonego, połączony ‘karkiem’ z długą sekcją mieszczącą wg wyjaśnień Jerrego napęd oraz główne uzbrojenie. No i dwa błękitne patyczki napędu. Okręt był piękny, ale wyglądał niczym kruchy motyl, którego trzeba bronić a nie jak coś, co może walczyć z Minbari i wygrać. - To też okręt badawczy? – zapytała ciekawie. Pilot parsknął śmiechem – Powiedziałam coś śmiesznego? - Nie, przepraszam. Zapomniałem, że nie zna pani naszych okrętów. Do Scorpiona pasuje wszystko, tylko nie określenie badawczy. Znaczy – sprostował – jak większość okrętów ma spore możliwości badawcze, ale opracowano go w jednym tylko celu – walki z Borg. - Borg? - Borg to... no... Borg. Szef to pani wyjaśni. Pewnie. No, dokujemy. Wreszcie. Nie wiem, co podkusiło JMS żeby zmienić mnie w woźnice. - A kim pan jest? - Mechanikiem na tej krypie, na którą panią wiozę. Przepraszam, że się nie przedstawiłem, ale szef zakazał. - Nie szkodzi. – w tym momencie prom lekko osiadł na podłodze hangaru. Aiien wstała i wysiadła. Dok Scorpiona różnił się znacznie od doku Rogue. Był dużo większy i cały biały, w przeciwieństwie do czarno-szarego doku... Excelsiora. Tuż obok promu stał kapitan Styczyński. Uśmiechnęła się do niego, gdy wyszła - Fajnie, że jesteś – odwzajemnił uśmiech – pewnie gryzipiórki cię tam nieźle wymęczyli. Chodź – skinął głową w stronę niewielkich drzwi wyglądających jak wejście do schowka na miotły – zaprowadzę cię do kwatery. A potem pójdziemy coś zjeść. Kapitan Spock chciał, żebym opowiedział ci to i owo... - To ty jesteś tym oficerem, który ma mnie uświadamiać?! – zapytała. - Tak – jego uśmiech poszerzył się - Wiedziałeś?! – zapytała z rosnącą wściekłością - Tak - Drań! – skwitowała – Jesteś wielkim sukinsynem. Myślałam, że już cię nie zobaczę! - Aż tak za mną tęskniłaś? – kapitan popatrzyła na nią z przekorą w oczach - Nie miałabym za kim. Miałam na myśli twoją orzechówkę. - Niech pan jej nie wierzy szefie. Ona pana kocha. - Co?! – wściekła Aiien odwróciła się do szefa maszynowni, który przewidująco cofnął się o krok - Widzi pan. Gdyby nie kochała, nie wściekałaby się tak. - Tia... coś w tym musi być szefie. – oboje wybuchnęli śmiechem na widok miny Aiien. Wyglądała jak dziecko, któremu ktoś zabrał lizaka a potem jeszcze obrugał, że dała go sobie zabrać. - Dobra, szefie, muszę lecieć. Ten cholerny rdzeń pewnie przestał działać. - Zgadza się. I niech pan po drodze nie zapomni rzucić okiem na deflektor. Ten ósmy cud świata działa mniej więcej jak pozostałych siedem: czyli w ogóle. - Się robi – odpowiedział rezolutnie szef maszynowni - I niech pan nie zapomni o spotkaniu. O 20 u mnie. Reszta głównych oficerów przyleci o 15. Pogadacie sobie. - Aye – mechanik popatrzył na Aiien – Ją też pan przyprowadzi? - Pewnie. Będzie z nami mieszkać zanim nie zrobią jej okrętu. Niech pozna ludzi. - I będzie miała okazję obejrzeć swojego samca w akcji – parsknął mechanik. Widząc jednak wściekłą minę gościa zniknął za drzwiami turbowindy prowadzącej do maszynowni. - Nie przejmuj się nim Aiien – kapitan ruszył wolnym krokiem w kierunku innej turbowindy – on tak zawsze. Swatał ludzi jeszcze w czasach, gdy byliśmy nieopierzonymi kaczątkami latającymi po korytarzach akademii. - Nie przejmuje się tym troglodytą – wzruszyła ramionami – co się... - Stało, że przydzielono cię tutaj? – skinęła głową – Jesteś kapitanem okrętu gwiezdnego, uznano więc, że najlepiej będziesz się czuła na okręcie. A ponieważ to ja was znalazłem i mnie znasz najlepiej, to ja mam cię wprowadzić w nasz świat. A ty później wprowadzisz swoich ludzi. - Mam zamiar wrócić – stwierdziła twardo - Wiem – Jurek popatrzył się na nią – ale to może być niemożliwe. Poza tym, tam czeka cię prawie pewna śmierć. – dokończył cicho. - Wiem – Aiien skinęła głową. Wiedziała cały czas – Ale to mój obowiązek. Jurek tylko pokiwał głową. On to rozumiał. Ostatecznie nie raz i nie dwa sam wracał na pole bitwy bez szans na wygranie. I jakoś przeżył. Ona też ma szansę. Tylko... „Cholera” zaklął – „dlaczego jak spotkam jakąś fajną dziewczynę, to wszystko musi się popieprzyć!”
Login:
Hasło: